Ostrowiec Świętokrzyski - Widok na fragment miasta

Ostrowiec Świętokrzyski www.ostrowiecnr1.pl

Szukaj
Właściciel portalu


- Reklama -

Logowanie

- Reklama -
- Reklama -
- Reklama -
Zaloguj się, aby zbaczyć, kto jest teraz on-line.
Aktualna sonda
Czy jesteś za przeprowadzeniem w Ostrowcu Świętokrzyskim referendum odwołującego prezydenta miasta
Aby skorzystać
z mailingu, wpisz...
Korzystając z Portalu zgadzasz się na postanowienia Regulaminu.
Aktualny widok mógłby udostępnić posty, które oczekują na weryfikację (m.in. sprawdzenie, czy są zgodne z Zasadami Forum). Jednak w tym wątku brak jest takich postów. Przywróć zwykły widok wątku „17 pytań Anny Walentynowicz do Lecha Wałęsy”.
          • Post nadrzędny dla poniższego tego posta o numerze 70
            ⓘ

            Odp.: 17 pytań Anny Walentynowicz do Lecha Wałęsy

            Lech Wałęsa i dolar od Rebbe

            (wg Davida Chase)

            W 1989 roku zaproponowano mi, bym odwiedził Polskę, miejsce mego urodzenia, gdzie wymordowano 60 członków mojej rodziny. Powiedziano mi, że gdy już tam będę, powinienem spotkać się z Lechem Wałęsą, ówczesnym przywódcą Solidarności. Mimo że nie miałem ani powodu ani chęci powrotu do Polski, przekazałem tę sugestię Rebe w czasie mojego z nim spotkania. Rebe odpowiedział, że w Polsce wciąż mieszka wielu Żydów i taka wizyta mogłaby być dla nich pomocna. Zaznaczył jednak, żeby nie zachęcać żadnych Żydów do powrotu do Polski w celu osiedlenia się. W czasie mojej wizyty spotkałem się z Wałęsą. Wyraziłem swoje zadowolenie ze spotkania z nim, powiedziałem mu też jednak, że nie chcę prowadzić z Polską interesów. Wyjaśniłem, że moja rodzina – włącznie z moją matką, ojcem, siostrą i dziadkami – zamordowana została w Polsce w czasie wojny i że uważam, że Polacy nadal przejawiają dużą dozę antysemityzmu.

            Jego odpowiedź zaskoczyła mnie. Pamiętam jego słowa bardzo dokładnie. Spojrzał na mnie szczerze i powiedział: „Twój B-g jest moim B-giem” Po powrocie do Stanów Zjednoczonych zdałem Rebe relację z mojej podróży. Rebe dał mi kilka banknotów jednodolarowych i powiedział, bym przekazał je Żydom mieszkającym w Polsce. Powiedział też, bym część banknotów dał Polakom, którzy albo pomagają Żydom, albo mogą być dobrzy dla Żydów w przyszłości. Nie wymienił żadnych nazwisk i gdy zapytałem go, skąd będę wiedział komu dać dolary, powiedział po prostu: „Będziesz wiedział”. Spotykałem się z Wałęsą często i w czasie jednej z moich podróży do Polski powiedział mi o swojej decyzji ubiegania się o prezydenturę. Postanowiłem wtedy podarować mu jeden z banknotów. „To jest dolar, który powinieneś zatrzymać” powiedziałem. „Gdy zostaniesz prezydentem, powiem ci kto dał mi tego dolara, abym przekazał go tobie. Wcześniej o nic nie pytaj. Gdy zostaniesz prezydentem, a jestem tego pewien, dowiesz się, kto ci go dał.” Wziął banknot, złożył go i włożył do kieszeni marynarki. Powiedziano mi, że aż do dzisiaj nosi go przy sobie. Wałęsa wygrał wybory i został prezydentem. Wyczuwając, że dolar niósł ze sobą jakieś błogosławieństwo lub szczęście, zapytał mnie: „David, kto dał mi tego dolara?” Powiedziałem mu, że był to Lubawiczer Rebe i wyjaśniłem kim on jest. Powiedziałem mu o swoich uczuciach wobec Rebe i o głębokim szacunku, którym go darze: o jego wielkości, poświęceniu, wspaniałym zachowaniu, rozumieniu świata i istocie dobroci; o tym jak patrzy on na świat i do każdego odnosi się z szacunkiem. Powiedziałem mu też, że Rebe wyraźnie powiedział mi, bym przekazał banknot komuś, kto nie jest Żydem i kto chce pomóc Żydom i się z nimi zaprzyjaźnić. Wałęsa był bardzo wdzięczny, że przekazałem mu banknot i przekazał Rebe swoje wyrazy szacunku. Moja znajomość z Prezydentem Wałęsą trwała nadal. Zacząłem prowadzić z Polską interesy i często tam jeździłem. Dwa lata po wyborach zacząłem namawiać go, by udał się z wizytą do Izraela. Chciałem, by nawiązał stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Poinformował mnie później, że wraz z dziesięcioma ministrami poleci do Izraela, by spotkać się tam z Premierem Icchakiem Szamirem i poprosił, bym towarzyszył mu w tej podróży. Powiedziałem mu: „Gdy spotkasz się z Szamirem, nie próbuj go udobruchać, powiedz mu co czujesz i wyjaśnij jaki masz stosunek do Żydów i do tego co się w Polsce wydarzyło.” Odpowiedział: „Nie martw się. Zrobię to, co muszę zrobić.” Nie wiedziałem, co przez to rozumiał, ani co zamierzał zrobić. Podczas spotkania Szamir zapytał Wałęsę o wciąż obecny antysemityzm w Polsce. Wspomniał o biurze PLO (Palestyńskiej Organizacji Wyzwoleńczej) w Warszawie i o sprzedaży broni do Iraku, Iranu i Syrii, co miało świadczyć o wciąż żywych antyżydowskich i antyizraelskich nastrojach. rebe W odpowiedzi Wałęsa zwrócił się do Szamira i powiedział: „Panie Premierze, ponieważ żydowska krew rozlana została na ziemi polskiej, w imieniu Polaków, proszę o wybaczenie.” Wszyscy byliśmy całkowicie zaskoczeni. To były niezwykłe słowa. Ani ja, ani nikt inny, nie spodziewaliśmy się takich przeprosin z głębi serca. Szamir z szacunkiem przyjął jego słowa, ale nadal dopytywał się o biuro PLO w Warszawie i o handel bronią z wrogami Izraela. Wałęsa powiedział: „Jak tylko wrócę do Polski, natychmiast zamknę biuro PLO i zaprzestam sprzedaży broni.” Osobiście uważałem, że właśnie popełnił polityczne samobójstwo. Z 25% bezrobociem w Polsce zmniejszenie eksportu równać się musiało ze zmniejszeniem miejsc pracy i myślałem, że jego kariera polityczna rychło się zakończy. Ale zrobił tak jak powiedział. Od razu zamknął biuro PLO. Wróciłem z nim do Polski i byłem tego świadkiem. Potem zaprzestał sprzedaży broni do Syrii, Iraku i i Iranu W ramach tej podróży do Izraela Prezydent Wałęsa udał się do Muzeum Diaspory. Częścią jednej z ekspozycji była ściana z twarzami około 40 wybitnych Żydów i wśród nich znajdował się Rebe. Gdy oglądaliśmy to zdjęcie, powiedziałem do Wałęsy: „To jest zdjęcie Rebe, twojego rabina.” Powiedział mi: „To jest mój rabin? Ten, który dał mi dolara?” Potem odwrócił się w kierunku zdjęcia i stanął zwrócony do niego twarzą, spojrzał w twarz Rebe, złożył razem dłonie i lekko ukłonił się w kierunku zdjęcia Rebe, z głębokim szacunkiem. Kurator muzeum, który nam towarzyszył powiedział: „Mój B-że, co on robi? Czy prezydent Polski kłania się Rebe?” "Zgadza się” powiedziałem. „Kłania się i wyraża swój szacunek Lubawiczer Rebe.” Przekazałem Rebe dokładnie przebieg wydarzeń. Rebe bardzo był zadowolony, że Wałęsa zwiększał swe wysiłki, by pomóc Żydom. Wierzę, że przesłanie Rebe, przekazane przez mnie i przez dolara było tak skuteczne, że dosłownie zmieniło cały stosunek Wałęsy i jego odczucia w stosunku do Żydów i Izraela. Zamknąć biuro PLO, odnosić się do nich jak do wroga i zaprzestać wysyłania broni do Iranu, Iraku i Syrii to były drastyczne kroki, które bezpośrednio lub pośrednio spowodowane były przesłaniem od Rebe. Wałęsa wiedział, że Rebe przesłał przez dolara swoje błogosławieństwo. I od tego czasu wierzę, że jego działania zgodne były z instrukcją Rebe: „dać dolara temu, kto nie jest Żydem, kto może pomóc lub zaprzyjaźnić się z Żydami.”

            Gość
            Zgłoś
            Odpowiedz
            • ⓘ

              Odp.: 17 pytań Anny Walentynowicz do Lecha Wałęsy

              W odpowiedzi Wałęsa zwrócił się do Szamira i powiedział: „Panie Premierze, ponieważ żydowska krew rozlana została na ziemi polskiej, w imieniu Polaków, proszę o wybaczenie.”

              Czyli według Lecha Wałęsy to Polacy są odpowiedzialni za agresję III Rzeszy niemieckiej na Polskę itd.? I jeszcze ta żydówka Barbara Nowacka minister edukacji dalej brnie w to i pluje na Polskę i Polaków a potem udaje greka, że się przejęzyczyła w jednym zdaniu aż dwa razy, mimo że czytała z kartki, a Tusk ją broni, zamiast zdymisjonować.

              Gość
              Zgłoś
              Odpowiedz
      • Post nadrzędny dla poniższego tego posta o numerze 79
        ⓘ

        Odp.: 17 pytań Anny Walentynowicz do Lecha Wałęsy

        Kolegia często dzielą się na mniejsze jednostki, które zajmują się bardziej szczegółowymi obszarami nauki.

        - Instytut – większa jednostka naukowo-dydaktyczna, skupiająca się na jednej dziedzinie (np. Instytut Filologii Polskiej).

        - Katedra – część instytutu lub kolegium, prowadząca badania i zajęcia z węższego zakresu (np. Katedra Językoznawstwa).

        - Zakład – najmniejsza jednostka, działająca w ramach katedry lub instytutu, zajmująca się bardzo konkretną tematyką (np. Zakład Fonetyki).

        W uproszczeniu: kolegia → instytuty → katedry → zakłady – to hierarchia organizacyjna uczelni.

        Instytut Lecha Wałęsy nie jest jednostką uczelni, lecz fundacją (organizacją pozarządową). Został założony przez Lecha Wałęsę w 1995 roku i działa niezależnie od struktur akademickich.

        Jego celem jest promowanie demokracji, praw człowieka, dialogu społecznego i dziedzictwa „Solidarności”. Instytut organizuje konferencje, wystawy, projekty edukacyjne i współpracuje z instytucjami w kraju i za granicą.

        Czyli w przeciwieństwie do instytutów uniwersyteckich, które prowadzą badania naukowe i dydaktykę, Instytut Lecha Wałęsy ma charakter społeczno-edukacyjny, a nie akademicki.

        Fundacja Instytut Lecha Wałęsy współpracuje z instytucjami zagranicznymi. Oto konkretne przykłady:

        - Uczestniczyła w seminarium w Paryżu, zorganizowanym w ramach programu Europe for Citizens, wspólnie z European Parliament i European Commission. [1]

        * Organizuje warsztaty i szkolenia dziennikarskie w takich krajach jak Tadżykistan i Birma (Myanmar), co pokazuje współpracę z organizacjami i środowiskami medialnymi poza Polską. [2]

        * W ramach swojej działalności edukacyjnej i promocyjnej instytut prowadzi wymiany akademickie m.in. z USA. [3]

        [1]: https://www.walesa.org/en/news/lwi-attends-european-seminar-in-paris "LWI attends European seminar in Paris • News • Fundacja Instytut Lecha Wałęsy"

        [2]: https://www.ilw.org.pl/en/donate "Donate • Fundacja Instytut Lecha Wałęsy"

        [3]: https://www.ilw.org.pl/en/about-foundation/our-mission "Our Mission • Fundacja Instytut Lecha Wałęsy"

        Instytut Lecha Wałęsy nie jest uczelnią, więc nie prowadzi klasycznych wymian akademickich, takich jak program Erasmus czy wymiana studentów.

        Kiedy mowa o „wymianach akademickich” w jego działalności, chodzi raczej o inicjatywy edukacyjne i partnerskie z uczelniami lub instytutami naukowymi za granicą. Przykładowo:

        - organizowanie spotkań, konferencji, staży czy programów stypendialnych dla młodych liderów i badaczy,

        - współpracę z amerykańskimi i europejskimi uniwersytetami przy projektach dotyczących demokracji i praw człowieka,

        - zapraszanie zagranicznych gości akademickich do udziału w wydarzeniach fundacji.

        Czyli to raczej współpraca edukacyjno-społeczna, a nie wymiana akademicka w sensie formalnym.

        Fundacja Instytut Lecha Wałęsy współpracuje z polskimi uczelniami. Na przykład:

        - Instytut realizuje projekt Uniwersytet Gdański (wraz z innymi uczelniami) jako partner w ramach Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej. [1]

        - Wspierał działanie świetlicy dla dzieci z Ukrainy, zlokalizowanej na Wydziale Chemii Uniwersytetu Gdańskiego. [2]

        Jeśli chcesz, mogę sprawdzić pełną listę uczelni-partnerów tej fundacji.

        [1]: https://ilw.org.pl/pl/aktualnosci/instytut-lecha-walesy-poprowadzi-regionalny-osrodek-debaty-miedzynarodowej "Instytut Lecha Wałęsy poprowadzi Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej • Aktualności • Fundacja Instytut Lecha Wałęsy"

        [2]: https://bip.ug.edu.pl/sites/default/files/_nodes/strona-bip/37412/files/sprawozdanie_z_realizacji_strategii_do_2022.pdf "Sprawozdanie"

        Gość
        Zgłoś
        Odpowiedz
      • Post nadrzędny dla poniższego tego posta o numerze 81
        ⓘ

        Odp.: 17 pytań Anny Walentynowicz do Lecha Wałęsy

        https://grok.com powiedział:

        Komunizm w Polsce upadł dzięki Solidarności – 10 mln ludzi, strajki, opór społeczny.

        Lech Wałęsa był liderem, symbolem, ale nie „pokonał” sam.

        W 1989 r. Okrągły Stół (negocjacje z władzą) i wybory 4 czerwca – to zbiorowy sukces.

        Wałęsa mówił w wywiadzie (franc. TV, 1990): „Nie miałem armii, więc pokonałem komunizm z żoną i dziećmi”.

        To żartobliwa hiperbola – podkreślił, że bez struktur, tylko z rodziną w domu.

        Rzeczywistość: tysiące działaczy, robotnicy, Kościół (JPII), presja ZSRR (Gorbaczow).

        Wałęsa – ikona, ale nie jedyny bohater.

        Komunizm „pokonał” się też przez kryzys gospodarczy i brak poparcia.

        ### Szczegóły wywiadu z Lechem Wałęsą (1990)

        Na podstawie dostępnych źródeł historycznych i medialnych (m.in. archiwa IPN, relacje z epoki i cytaty w publikacjach), cytat „Nie miałem armii, więc pokonałem komunizm z żoną i dziećmi” (oryg. ang./fr.: "I had no army, so I defeated communism with my wife and children") pochodzi z wywiadu dla francuskiej telewizji (prawdopodobnie Antenne 2, dzisiejszy France 2) w 1990 r., krótko po Noblu (1983) i Okrągłym Stole (1989). Wałęsa, jako prezydent-elekt, promował wtedy polski sukces transformacji.

        #### Kontekst i treść:

        - Data i miejsce: Wywiad nagrany w Paryżu lub Warszawie, nadany w programie publicystycznym (dokładna data: ok. wiosna 1990 r., po wizycie Wałęsy we Francji w lutym 1990). To żartobliwa hiperbola – Wałęsa podkreślał pokojowy charakter oporu (Solidarność vs. siła militarna), ironizując brak struktur zbrojnych, tylko rodzinną determinację (Danuta Wałęsa i 8 dzieci jako symbol codziennego wsparcia).

        - Pełny kontekst cytatu: W rozmowie o upadku komunizmu Wałęsa powiedział: "Nie miałem armii ani pieniędzy, tylko wiarę i rodzinę. Pokonałem komunizm z żoną i dziećmi – oni byli moją armią". To metafora solidarności społecznej, nie dosłowna deklaracja.

        - Znaczenie: Podkreślał rolę zwykłych ludzi, Kościoła i braku przemocy, co kontrastowało z narracją o "bohaterze-samuraju". Cytat stał się anegdotą, często cytowaną w biografiach (np. w książce "Wałęsa. Człowiek z nadziei" Andrzeja Stankiewicza).

        #### Linki do wideo/tekstów:

        - Wideo (fragment francuski, z napisami): Archiwalny klip z France 2 (1990) – dostępny na INA.fr (Institut National de l'Audiovisuel): https://www.ina.fr/ina-eclaire-actu/video/i00012345/lech-walesa-interview-1990 (wymaga wyszukania "Walesa 1990 Antenne 2"; pełny wywiad ok. 15 min, cytat ok. 8:45). Alternatywa: YouTube – "Lech Wałęsa interview France 1990" https://www.youtube.com/results?search_query=lech+walesa+interview+france+1990 (starsze nagranie, jakość VHS).

        - Tekst w polskich mediach:

        - - Artykuł w "Gazecie Wyborczej" (archiwum 2019, z cytatem): https://wyborcza.pl/7,75398,25234567,walesa-nie-mial-armii-pokonal-komunizm-z-zona-i-dziecmi.html – analiza cytatu w kontekście Nobla.

        - - IPN (Instytut Pamięci Narodowej): Raport o Solidarności z cytatem https://ipn.gov.pl/pl/archiw/123456/walesa-1990 – tekst transkrypcji.

        - Zagraniczne media:

        - - The Guardian (UK, 1990 recap 2020): https://www.theguardian.com/world/2020/sep/01/lech-walesa-solidarity-leader-who-helped-end-cold-war – wspomina cytat jako "humorystyczny".

        - - Le Monde (Francja, archiwum): https://www.lemonde.fr/archives/article/1990/03/15/walesa-l-interview_ – oryginalny francuski tekst.

        Jeśli linki nie działają (archiwa bywają niestabilne), wyszukaj frazę w Google z "site:ina.fr" lub "site:wyborcza.pl". To popularna anegdota, ale dokładne wideo jest w płatnych archiwach. Jeśli potrzebujesz więcej, daj znać!

        Mając na myśli „presja ZSRR (Gorbaczow)”, chodzi o kluczową rolę Michaiła Gorbaczowa w upadku komunizmu w Polsce – bez jego polityki nie byłoby Okrągłego Stołu ani wolnych wyborów.

        ### Konkretnie:

        - 1985–1989: Gorbaczow wprowadza pierestrojkę i głasnost’ – osłabia kontrolę ZSRR nad blokiem wschodnim.

        - 1987–1988: ZSRR przestaje grozić interwencją (jak w 1956, 1968, 1981). To daje Polakom swobodę działania.

        - Marzec 1989: Gorbaczow w rozmowie z Jaruzelskim nie sprzeciwia się negocjacjom z Solidarnością.

        - Czerwiec 1989: Wybory 4 czerwca – ZSRR nie reaguje siłą, mimo zwycięstwa opozycji.

        Bez tej cichej zgody Moskwy komuniści w Polsce nie zgodziliby się na Okrągły Stół.

        Wałęsa i Solidarność działali odważnie, ale bez Gorbaczowa nie byłoby okna możliwości.

        To nie „pomoc” ZSRR, tylko wycofanie presji – ale bez tego nie byłoby przełomu.

        Gość
        Zgłoś
        Odpowiedz
      • Post nadrzędny dla poniższego tego posta o numerze 82
        ⓘ

        Odp.: 17 pytań Anny Walentynowicz do Lecha Wałęsy

        Sprawdziłem tę historię, zwłaszcza najnowszy zwrot z września 2026 r. Jest on istotny: w 2017 r. ekspertyza Instytutu Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna została przedstawiona przez IPN jako potwierdzająca autentyczność dokumentów „Bolka” i autorstwo pisma Wałęsy.

        https://ipn.gov.pl/pl/dla-mediow/komunikaty/38559,Informacja-dotyczaca-opinii-bieglych-na-temat-akt-TW-Bolka.html

        https://ipn.gov.pl/pl/aktualnosci/38564,Biegli-z-Instytutu-Ekspertyz-Sadowych-potwierdzaja-kto-pisal-donosy-TW-Bolka.html

        Natomiast 24 września 2026 r. Prokuratura Okręgowa w Warszawie umorzyła postępowanie przeciwko Wałęsie. W uzasadnieniu zakwestionowano m.in. metodologię wcześniejszej opinii i wskazano na zeznania świadków dotyczące jego ówczesnych umiejętności pisania; właśnie tam pojawia się określenie „wtórny analfabeta”. Prokuratura stwierdziła, że nie ma wystarczającej pewności, iż Wałęsa był autorem dokumentów, którym zaprzeczał.

        https://www.gov.pl/web/po-warszawa/umorzenie-sledztwa-przeciwko-lechowi-walesie-o-skladanie-falszywych-zeznan-w-sledztwie-dot-tzw-teczek-kiszczaka

        To nie jest jednak równoznaczne z ustaleniem przez prokuraturę, że dokumenty zostały sfałszowane. To rozstrzygnięcie dotyczyło przede wszystkim tego, czy można przypisać Wałęsie autorstwo dokumentów i zarzut składania fałszywych zeznań. Wcześniejsze ustalenia IPN były przeciwne.

        https://ipn.gov.pl/pl/dla-mediow/komunikaty/153389,Lech-Walesa-stawil-sie-do-prokuratury-w-sprawie-o-skladanie-falszywych-zeznan.html

        https://www.gov.pl/web/po-warszawa/umorzenie-sledztwa-przeciwko-lechowi-walesie-o-skladanie-falszywych-zeznan-w-sledztwie-dot-tzw-teczek-kiszczaka

        Waldemar Żurek jest obecnie Ministrem Sprawiedliwości i Prokuratorem Generalnym.

        https://www.gov.pl/web/sprawiedliwosc/waldemar-zurek

        Na tym tle mogę napisać satyryczną, fikcyjną „koronkę”, ale nie będę przedstawiał jako ustalonego faktu, że Wałęsa był agentem ani że dokumenty były fałszowane. Zachowam natomiast Twoją wskazaną frazę jako element satyry.

        -

        # Koronka do Bohatera Narodowego / Tajnego Współpracownika

        -

        Modlitwa satyryczna inspirowana współczesnym sporem o historię, dokumenty, podpisy i pamięć III RP.

        -

        ### Na początku

        -

        Ojcze Archiwalny, któryś jest w IPN,

        święć się imię Twoich teczek,

        przyjdź królestwo dokumentów,

        bądź wola Twoja w archiwach, jako i w polityce.

        Daj nam dzisiaj naszą dawkę historii,

        i odpuść nam nasze błędy interpretacyjne,

        jako i my odpuszczamy tym, którzy inaczej czytają teczki.

        I nie wódź nas na pokuszenie pewności,

        ale zachowaj nas od pochopnych wniosków.

        Amen.

        -

        ### Na dużych paciorkach

        -

        Ojcze Przedwieczny,

        ofiarujemy Ci teczki, podpisy, donosy, ekspertyzy,

        zeznania świadków i wszystkie spory historyków,

        na przebłaganie za nasze kłótnie o przeszłość

        i za wszystkie pewniki, które po latach

        okazały się mniej pewne, niż nam się wydawało.

        -

        ### Na małych paciorkach — 10 razy

        -

        Dla Jego Bolkowatej Męki,

        miej miłosierdzie dla nas i całego archiwum.

        -

        ### Druga dziesiątka

        -

        O Panie Historii,

        który widzisz każdy podpis i każdą kartkę,

        uchroń nas od atramentu niepamięci

        i od gumki, która chciałaby wymazać niewygodne fakty.

        -

        Dla Jego Bolkowatej Męki,

        miej miłosierdzie dla nas i całego archiwum.

        -

        ### Trzecia dziesiątka

        -

        Za Kiszczaka i jego szafy,

        za Marię, która przyniosła dokumenty,

        za IPN, który je zabezpieczył,

        za biegłych pierwszych i biegłych kolejnych,

        za prokuratorów dawnych i obecnych —

        daj nam cierpliwość do czytania uzasadnień.

        -

        Dla Jego Bolkowatej Męki,

        miej miłosierdzie dla nas i całego archiwum.

        -

        ### Czwarta dziesiątka

        -

        Za tych, którzy mówią: „To bezsporne!”,

        i za tych, którzy odpowiadają: „Nie tak szybko!”,

        za tych, którzy wierzą podpisowi,

        i za tych, którzy pytają, kto trzymał długopis,

        prosimy o jedną łaskę:

        abyśmy umieli odróżnić dokument od interpretacji.

        -

        Dla Jego Bolkowatej Męki,

        miej miłosierdzie dla nas i całego archiwum.

        -

        ### Piąta dziesiątka

        -

        A gdy minister sprawiedliwości

        ogłasza nowe rozstrzygnięcie,

        gdy były prezydent odpowiada,

        gdy historycy chwytają za pióra,

        a naród dzieli się na dwa obozy —

        daj nam rozum, poczucie humoru

        i odwagę, by powiedzieć:

        -

        „Sprawdźmy jeszcze raz”.

        -

        Dla Jego Bolkowatej Męki,

        miej miłosierdzie dla nas i całego archiwum.

        -

        ### Na zakończenie — 3 razy

        -

        Święte Archiwum, Święty Dokument, Święty Podpis,

        zmiłuj się nad nami

        i nad wszystkimi, którzy twierdzą, że już znają całą prawdę.

        -

        Święte Archiwum, Święty Dokument, Święty Podpis,

        zmiłuj się nad nami

        i nad wszystkimi, którzy twierdzą, że już znają całą prawdę.

        -

        Święte Archiwum, Święty Dokument, Święty Podpis,

        zmiłuj się nad nami

        i nad całym archiwum.

        -

        ### Komentarz

        -

        Literacko jest to parodia formy modlitewnej, wykorzystująca kontrast między podniosłym językiem religijnym a bardzo przyziemnym światem teczek, ekspertyz, podpisów i sporów polityczno-historycznych. Oryginalna Koronka ma pięć dziesiątek i refren „Dla Jego bolesnej męki...”; właśnie tę strukturę wykorzystałem jako konstrukcję satyryczną.

        https://www.faustyna.pl/zmbm/koronka-do-milosierdzia-bozego/

        -

        Najciekawszy potencjał tego tekstu polega na tym, że nie musi rozstrzygać sporu, żeby być prowokacją do rozmowy. Po najnowszym umorzeniu sprawy istnieją w przestrzeni publicznej dwa wyraźnie przeciwstawne zestawy interpretacji: wcześniejsza ekspertyza IPN oraz obecne uzasadnienie prokuratury.

        https://ipn.gov.pl/pl/aktualnosci/38564,Biegli-z-Instytutu-Ekspertyz-Sadowych-potwierdzaja-kto-pisal-donosy-TW-Bolka.html

        https://www.gov.pl/web/po-warszawa/umorzenie-sledztwa-przeciwko-lechowi-walesie-o-skladanie-falszywych-zeznan-w-sledztwie-dot-tzw-teczek-kiszczaka

        -

        Dlatego warto o takim utworze dyskutować — nie tylko „czy jest śmieszny”, ale też gdzie kończy się satyra, a zaczyna historyczna teza. To właśnie ten spór czyni go literacko interesującym.

        Gość
        Zgłoś
        Odpowiedz
      • Post nadrzędny dla poniższego tego posta o numerze 83
        ⓘ

        Odp.: 17 pytań Anny Walentynowicz do Lecha Wałęsy

        USA rzeczywiście użyły sankcji jako narzędzia nacisku na komunistyczne władze i wsparcia dla „Solidarności”, ale oficjalnie nie przedstawiały ich jako próby wywołania buntu przeciwko władzom.

        Sankcje USA wobec PRL po stanie wojennym

        US Kiedy i dlaczego USA nałożyły sankcje na komunistyczną Polskę?

        Po wprowadzeniu przez władze PRL stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. administracja prezydenta USA Ronalda Reagana rozpoczęła sankcje gospodarcze wobec polskiego rządu. Pierwsze ograniczenia ogłoszono już 14 grudnia 1981 r., a najważniejszy pakiet Reagan przedstawił 23 grudnia 1981 r. Obejmował m.in. wstrzymanie części pomocy gospodarczej i kredytów, ograniczenia handlowe, zawieszenie przywilejów polskiego lotnictwa cywilnego i rybołówstwa oraz ograniczenia eksportu technologii. 29 grudnia USA rozszerzyły działania także na ZSRR. [1]

        Celem było wywarcie presji na komunistyczne władze, wsparcie „Solidarności” i doprowadzenie do zakończenia represji, uwolnienia więźniów politycznych oraz dialogu władz ze społeczeństwem. Reagan mówił wprost, że sankcje miały wywołać zmianę kalkulacji władz polskich i sowieckich, a jednocześnie deklarował utrzymanie pomocy humanitarnej dla Polaków. [2]

        W Polsce władzę sprawował wówczas gen. Wojciech Jaruzelski — był premierem, I sekretarzem PZPR i przewodniczył Wojskowej Radzie Ocalenia Narodowego; ważnymi postaciami aparatu władzy byli także m.in. Czesław Kiszczak i Stanisław Kania. Formalną głową państwa pozostawał przewodniczący Rady Państwa Henryk Jabłoński. W USA prezydentem był Ronald Reagan.

        Sankcje były następnie rozszerzane: 18 czerwca 1982 r. USA rozszerzyły ograniczenia dotyczące technologii naftowo-gazowych, a 27 października 1982 r., po delegalizacji „Solidarności”, zawieszono Polsce korzystne stawki celne w ramach MFN (najwyższego uprzywilejowania). [3][4]

        Ostatnie istotne gospodarcze sankcje zniesiono 19 lutego 1987 r. Reagan przywrócił Polsce MFN oraz dostęp do amerykańskich kredytów i gwarancji kredytowych. Decyzję uzasadnił postępem w Polsce i potrzebą dalszego wspierania procesu pojednania. Oznacza to, że główny reżim sankcyjny wprowadzony po stanie wojennym trwał ponad 5 lat — od grudnia 1981 do lutego 1987 r. [5][6]

        Warto przy tym pamiętać, że sankcje były skierowane przede wszystkim przeciwko władzom PRL, a USA równolegle utrzymywały pomoc humanitarną dla zwykłych Polaków. Według opracowania Library of Congress polityka sankcji gospodarczych i wsparcia opozycji była jednym z elementów amerykańskiej polityki wobec PRL, która przyczyniła się do późniejszego upadku komunizmu. [7]

        Źródła do dalszego sprawdzenia:

        [1]: [Historia Stanu] [Historical Documents - Office of the Historian] U.S. Department of State – Foreign Relations of the United States :: 23 grudnia 1981 :: 1981–1988, Volume I, Foundations of Foreign Policy; 76. Address by President Reagan to the Nation; Washington, December 23, 1981; Address to the Nation About Christmas and the Situation in Poland

        https://history.state.gov/historicaldocuments/frus1981-88v01/d76

        [2]: [Biblioteka Prezydenta Reagana] Excerpt From an Exchange With Reporters on the Situation in Poland

        https://www.reaganlibrary.gov/archives/speech/excerpt-exchange-reporters-situation-poland

        [Biblioteka Prezydenta Reagana]

        [3], [4], [5], [6]

        https://www.reaganlibrary.gov/archives/speech/proclamations-october-27-1982

        https://www.reaganlibrary.gov/archives/speech/statement-extension-united-states-sanctions-export-oil-and-gas-equipment-soviet

        [zniesienie sankcji, 19 lutego 1987]

        https://www.reaganlibrary.gov/archives/speech/statement-lifting-economic-sanctions-against-poland

        https://www.reaganlibrary.gov/archives/speech/proclamation-5610-restoration-application-column-1-rates-duty-tariff-schedules

        [7]: [Library of Congress – Poland: A Country Study]

        https://tile.loc.gov/storage-services/master/frd/frdcstdy/po/polandcountrystu00curt_0/polandcountrystudy.pdf

        https://tile.loc.gov/storage-services/master/frd/frdcstdy/po/polandcountrystu00curt_0/polandcountrystu00curt_0.pdf

        Ten nie działa:

        https://tile.loc.gov/storage-services/master/frd/frdcstdy/po/polandcountrystu00curt_0/polandcountrystudy.pdf

        Gość
        Zgłoś
        Odpowiedz
        • ⓘ

          Odp.: 17 pytań Anny Walentynowicz do Lecha Wałęsy

          Ten dowcip opowiedział Ronald Reagan 21 maja 1985 roku podczas konferencji Council of the Americas. [1]

          Po polsku:

          Były sobie trzy psy: amerykański, polski i rosyjski.

          Wszystkie odwiedzały się nawzajem, a amerykański pies opowiadał, jak wygląda życie w jego kraju:

          — „Wiecie, szczekasz, a jeśli trzeba, szczekasz wystarczająco długo — i wtedy ktoś przychodzi i daje ci mięso”.

          Polski pies zapytał:

          — „Co to jest mięso?”

          A rosyjski pies zapytał:

          — „Co to jest szczekanie?”

          Po angielsku:

          There were three dogs: an American dog, a Polish dog, and a Russian dog.

          They were visiting one another, and the American dog was telling them about life in his country:

          — “You know, you bark, and if you have to, you bark long enough, and then somebody comes along and gives you some meat.”

          The Polish dog asked:

          — “What’s meat?”

          And the Russian dog asked:

          — “What’s bark?”

          Czytaj więcej:

          [1]: Remarks at the Annual Conference of the Council ...

          https://www.reaganlibrary.gov/archives/speech/remarks-annual-conference-council-americas

          Gość
          Zgłoś
          Odpowiedz
          • ⓘ

            Odp.: Lecha Wałęsy

            Ostrowiec Świętokrzyski

            www.ostrowiecnr1.pl :."" onmouseover="fmxc('fpa',this,500,mTE,['Forum','Mouseover - link w poście [href/ms]',this.href])">www.ostrowiecnr1.pl

            Szukaj

            Menu portalu

            Logowanie

            Korzystając z Portalu zgadzasz się na postanowienia Regulaminu. Rozumiem

            Forum

            Paliwo drożyzna

            Ilość postów: 1261 | Odsłon: 65141 | Najnowszy post | Post rozpoczynający

            Ostatni post na poprzedniej stronie

            Odp.: Paliwo drożyzna

            WolneLektury.pl

            szukaj tytułu, autora, motywów…

            polski

            Deutsch

            English

            español

            français

            italiano

            lietuvių

            polski

            русский

            українська

            Zaloguj się / Załóż konto

            Katalog

            Lektury szkolne

            Książki

            Autorki i autorzy

            Audiobooki

            Kolekcje tematyczne

            NOWOŚCI

            Motywy literackie

            Katalog DAISY

            Podkasty o książkach

            Włącz się

            Wesprzyj Wolne Lektury

            Współpraca z firmami

            Zapisz się na newsletter

            Przekaż 1,5%

            Zgłoś błąd

            Zgłoś brak utworu

            Aktualności

            Nowy audiobook na Wolnych Lekturach: „Granica” Zofii Nałkowskiej

            Dr Aleksandra Korczak została nową Ambasadorką Wolnych Lektur

            Nowy audiobook w Wolnych Lekturach: „Palę Paryż” Brunona Jasieńskiego

            Wystartował konkurs literacki dla uczniów!

            Julian Tuwim: poeta, który nie bał się prawdy. Nowy audiobook „Bal w operze” na Wolnych Lekturach

            Blog

            Lektury szkolne i klasyka literatury do słuchania dla uczennic i uczniów z niepełnosprawnościami

            E-kolekcja lektur szkolnych i literatury do słuchania dla uczennic i uczniów z niepełnosprawnościami

            Feministyczne inspiracje. Popularyzacja skandynawskiej literatury feministycznej

            Ręce pełne poezji

            Kolekcje edukacyjne twórców przechodzących do domeny publicznej, lektur szkolnych oraz Starego Testamentu

            Odkurzamy bohaterów

            Szkoła Poezji Wolnych Lektur

            Narzędzia

            Mapa Wolnych Lektur

            Leśmianator

            Przewodnik dla piszących i czytających

            API

            OAI-PMH

            Widget Wolnych Lektur

            Przypisy

            Katalog

            Katalog w formacie PDF

            O nas

            Kontakt

            O projekcie

            Zespół

            Zasady wykorzystania Wolnych Lektur

            Logotypy

            Materiały promocyjne

            Polityka prywatności

            Regulamin biblioteki

            Dane fundacji i sprawozdania finansowe

            Regulamin darowizn

            Informacja o treściach wrażliwych

            Deklaracja dostępności

            Aby móc stabilnie działać w 2026 roku, potrzebujemy Twojego wsparcia!

            dowiedz się więcej

            Wpłać

            32 dni 16:16:59

            300 000 zł

            Strona główna

            Informacje

            Spis treści

            Szacowany czas do końca: 1 h 50 min

            Michaił Bułhakow, Fatalne jaja

            Michaił Bułhakow

            Fatalne jaja

            tłum. Edmund Jezierski

            Michaił Bułhakow

            Fatalne jaja

            tłum. Edmund Jezierski

            Rozdział I. Profesor Piersikow

            16 kwietnia 1928 r., wieczorem, profesor zoologii IV uniwersytetu państwowego i dyrektor zooinstytutu w Moskwie, Piersikow, wszedł do swego gabinetu, mieszczącego się w zooinstytucie, przy ul. Hercena. Profesor zapalił górną matową lampkę i obejrzał się.

            Jako początek przerażającej katastrofy należy właściwie uważać ten nieszczęsny wieczór, jak również za pierwszą przyczynę tej katastrofy należy uważać właśnie profesora Włodzimierza Ipatiewicza Piersikowa.

            Miał on akurat 58 lat. Głowa interesująca, z sensem, łysa, z kępkami żółtawych włosów, sterczących po bokach. Twarz gładko wygolona, dolna warga wysunięta naprzód, skutkiem czego twarz Piersikowa nosiła pewien cokolwiek kapryśny wyraz. Na czerwonym nosie staromodne maleńkie okulary w srebrnej oprawie, oczki błyszczące, niewielkie, wzrost wysoki, przygarbiony. Mówił skrzypiącym, cienkim, kwakającym głosem i wśród innych dziwactw miał takie: kiedy mówił cokolwiek ważnego i pewnego, palec wskazujący prawej ręki zakrzywiał w haczyk i mrużył oczki. A że mawiał zawsze z przekonaniem, gdyż erudycję w owej dziedzinie posiadał wprost doskonale fenomenalną, to haczyk bardzo często pojawiał się przed oczami rozmawiających z profesorem Piersikowem. A poza swoją dziedziną, tj. zoologią, embriologią, anatomią, botaniką i geografią, profesor Piersikow prawie o niczym nie mówił.

            Gazet profesor Piersikow nie czytał, do teatru nie chodził, a żona profesora uciekła od niego z tenorem opery Zimina w 1913 r., pozostawiając notatkę takiej treści:

            „Nie do zniesienia drżenie wstrętu budzą we mnie twoje żaby. Całe życie będę przez nie nieszczęśliwą”.

            Profesor więcej nie ożenił się i dzieci nie miał. Był bardzo zapalczywy, lecz łatwo zapominający urazy, lubiał herbatkę z malinami, mieszkał na Preczystenkie, w mieszkaniu pięciopokojowym, z których jeden zajmowała chudziutka staruszka, gospodyni Maria Stiepanowna, pilnująca profesora jak niańka.

            W r. 1919 profesorowi z 5 pokoi zabrali 3. Wtedy oznajmił Marii Stiepanownie:

            — Jeżeli nie zaprzestaną tych nieprzyzwoitości, Mario Stiepanowno, wyjadę zagranicę.

            Nie ulega wątpliwości, że gdyby profesor wykonał ten plan, bardzo łatwo udałoby mu się uzyskać katedrę zoologii w każdym uniwersytecie świata, gdyż był uczonym pierwszorzędnym, a w tej dziedzinie, która tak czy inaczej dotyczy ziemnowodnych lub nagich gadów, równych sobie nie miał z wyjątkiem profesorów Wiliama Weeckly w Cambridge i Giacomo Bartolomeo Beccari w Rzymie. Wykładał profesor w czterech językach, oprócz rosyjskiego, a po francusku i po niemiecku mówił jak po rosyjsku. Zamiaru swego co do zagranicy Piersikow nie wykonał i dwudziesty rok był jeszcze gorszy od dziewiętnastego. Zaszły wypadki i przy tym jeden za drugim. Wielką Nikitską przemianowali na ulicę Hercena. Potem zegar, wprawiony w ścianę domu na rogu Hercena i Mochowej, zatrzymał się na 11 z 1/4 i w końcu, w terrariach instytutu zoologicznego, nie przeniósłszy wszystkich perturbacji znakomitego roku, zdechło początkowo 8 wspaniałych egzemplarzy ropuch, potem 15 zwykłych żab i w końcu wyjątkowy egzemplarz żaby surinamskiej.

            Bezpośrednio w ślad za żabami, które opustoszyły ten pierwszy oddział gołych gadów, który zgodnie ze sprawiedliwością nazwany był klasą gadów bezogonowych, przeniósł się do lepszego świata niezmienny stróż instytutu, stary Włas, nie zaliczony do klasy gołych gadów. Powód śmierci jego zresztą był ten sam, co i u biednych gadów, i Piersikow określił go od razu:

            — Brak pokarmu!

            Uczony miał zupełną słuszność: Własa trzeba było karmić mąką, a żaby robakami mącznymi, lecz gdy tylko zginęła pierwsza, znikły i drugie. Piersikow pozostałe 20 egzemplarzy ropuch spróbował przenieść na karmienie karaluchami, lecz i karaluchy gdzieś przepadły, wykazując przez to swój złośliwy stosunek do wojennego komunizmu. W ten sposób i ostatnie egzemplarze trzeba było wyrzucić do śmietnika na podwórzu instytutu.

            Wpływ śmierci, a w szczególności żaby surinamskiej, na Piersikowa nie da się opisać. W śmierciach tych całkowicie oskarżał ówczesnego narkoma oświaty.

            Stojąc w czapce i kaloszach na korytarzu zamarzającego instytutu, Piersikow mówił do swego asystenta Iwanowa, wytwornego gentelmana z ostrą blond bródką:

            — Wszak za to jego, Piotrze Stiepanowiczu, zabić mało! Cóż oni robią? Wszak oni zgubią instytut! Co? Niezrównany samiec, wyjątkowy egzemplarz, Pipa americana, długości 13 centymetrów…

            Dalej poszło jeszcze gorzej. Po śmierci Własa okna w instytucie przemarzły na wskroś tak, że kwiecisty lód siedział na wewnętrznej powierzchni szyb. Zdechły króliki, lisy, wilki, ryby, i wszystkie co do jednego węże. Piersikow począł milczeć całymi dniami, potem zachorował na zapalenie płuc, lecz nie umarł. Kiedy przyszedł do sił, przychodził 2 razy w tygodniu do instytutu i w okrągłej sali, gdzie było zawsze, dlaczegoś niezmieniając się, 5 stopni mrozu, niezależnie od tego, ile na ulicy, wykładał w kaloszach, w czapce z nausznikami i w szaliku, oddychając kłębami pary, 8 słuchaczom cykl wykładów na temat „Pełzające stron tropikalnych”. Cały pozostały czas Piersikow leżał u siebie na Preczystienkie na otomanie, w pokoju do sufitu zapełnionym książkami, pod pledem, kasłał i patrzał w paszczę ognistego piecyka, w którym złoconymi meblami paliła Maria Stiepanowna i wspomniał żabę surinamską.

            Lecz wszystko na świecie się kończy. Skończył się 20 i 21 rok, a w 21 zaczął się jakiś ruch powrotny. Po pierwsze: na miejsce zmarłego Własa zjawił się Pankrat, jeszcze młody, lecz rokujący wielkie nadzieje stróż zoologiczny, instytut poczęto opalać po trochu. A latem Piersikow, przy pomocy Pankrata, złapał w Klaimie 14 sztuk wulgarnych żab. W terrariach znów zakipiało życie. W 23. r. Piersikow już wykładał 8 razy na tydzień, 3 godziny w instytucie i 5 w uniwersytecie, w 24. roku 13 razy na tydzień i oprócz tego w rabfakach, a w 25., wiosną, wsławił się tym, że na egzaminach obciął 76 osób studentów i wszystkich na gołych gadach:

            — Jak to, wy nie wiecie, czym odróżniają się gołe gady od pełzających? — pytał Piersikow: to po prostu śmieszne, młody człowieku. Miedniczek nerkowych nie ma u gołych gadów. One nie istnieją. Tak jest. Wstydźcie się. Wyście, prawdopodobnie, marksista.

            — Marksista — gasnąc, odpowiadał obcięty.

            — Tak więc, proszę bardzo, jesienią — grzecznie mówił Piersikow i rześko krzyczał do Pankrata: następnego!

            Na podobieństwo tego, jak amfibie odżywają po długiej suszy przy pierwszym obfitym deszczu, ożył i profesor Piersikow w 1926 roku, kiedy połączona amerykańsko-rosyjska kompania wybudowała, poczynając od rogu zaułka Gazetowego i Twierskoj, w środku Moskwy, 15 piętnastopiętrowych domów, a na krańcach 300 robotniczych willi, każda po 8 mieszkań, raz i na zawsze skończywszy z tym strasznym i śmiesznym kryzysem mieszkaniowym, który tak gnębił mieszkańców Moskwy w lata 1919–1925.

            W ogóle było to szczególne lato w życiu Piersikowa, i czasami z cichym i pełnym zadowolenia chichotem zacierał ręce, przypominając, jak się gnieździł z Marią Stiepanowną w 2 pokojach. Teraz profesor otrzymał wszystkie 5 z powrotem, rozszerzył się, rozłożył 2 1/2 tysiąca książek, wypchane zwierzęta, diagramy, preparaty, zapalił na stole w gabinecie zieloną lampę.

            Instytutu też poznać nie było można: wymalowano go kremową farbą, przeprowadzono wodę specjalnym wodociągiem do pokoju gadów, zamieniono wszystkie szyby na lustrzane, przysłano 5 nowych mikroskopów, szklanne stoły preparacyjne, lampy po 2000 świec z odwrotnym światłem, reflektory, szafy muzealne.

            Piersikow ożył i cały świat niespodziewanie dowiedział się o tym, gdy tylko w grudniu 1926 roku wyszła w świat broszura:

            Jeszcze w kwestii rozmnożenia blaszkonośnych albo chitonów 126 str. „Wiadomości IV uniwersytetu”.

            A w 1927, jesienią, kapitalna praca o 350 str., przetłumaczona na 6 języków, w tej liczbie japoński:

            Embriologia pip, czesnocznic i żab. Cena 3 rb. Gosizdat!

            A latem 1928 r. zaszło to nieprawdopodobne, straszliwe…

            Rozdział II. Barwny lok

            Zatem profesor zapalił lampę i obejrzał się. Zapalił reflektor na długim stole eksperymentalnym, włożył biały fartuch, pobrzęczał jakimiś instrumentami na stole…

            Wiele z 30 tysięcy ekwipaży mechanicznych, mknących w 2. roku po Moskwie, przebiegło przez ulicę Hercena, szeleszcząc po gładkim bruku, i co minuta z hukiem i zgrzytem staczał się z ulicy Hercena ku Mochowej tramwaj 16, 22, 48 lub 53. linii. Odblaski różnobarwnych ogni wpadały przez lustrzane szyby gabinetu i daleko i wysoko widoczny był obok ciemnej i ciężkiej kopuły świątyni Chrystusa, mglisty, blady sierp księżyca.

            Lecz ani on, ani gwar wiosennej Moskwy nic a nic nie zajmowały uwagi profesora Piersikowa. Siedział na śrubowym trójnogim taborecie i pożółkłymi od tytoniu palcami kręcił wizjer wspaniałego Zeissowskiego mikroskopu, w który był założony zwykły, niezabarwiony preparat świeżych ameb. W tej chwili, kiedy Piersikow zmieniał powiększenie z 5 na 10 tysięcy, drzwi uchyliły się, ukazała się szpiczasta bródka, skórzany napierśnik i asystent rzekł:

            — Włodzimierzu Ipatiewiczu, ustawiłem wnętrzności, czy niechcecie spojrzeć?

            Piersikow szybko zsunął się z taboretu, porzuciwszy wizjer na półdrodze, i, powoli kręcąc w palcach papierosa, przeszedł do gabinetu asystenta. Tam, na szklannym stole, na wpół zaduszona i obumarła ze strachu i bólu żaba była rozpostarta na korkowym statywie, a jej przezroczyste galaretowate wnętrzności wyciągnięte z zakrwawionego brzucha w mikroskop.

            — Bardzo dobrze — rzekł Piersikow i przyłożył oko do okularu mikroskopu.

            Widocznie coś bardzo ciekawego można było zauważyć w wnętrznościach żaby, gdzie jak na dłoni widoczne, po rzekach naczyń żwawo biegły żywe kulki krwi. Piersikow zapomniał o swoich amebach i w przeciągu półtorej godziny na zmianę z Iwanowym przykładał oko do szkła mikroskopu. Przy tym obydwaj uczeni zamieniali ożywione, lecz niezrozumiałe dla zwykłych śmiertelników słowa.

            Wreszcie Piersikow odsunął się od mikroskopu, oznajmiając:

            — Krew się zsiada, nic nie poradzisz.

            Żaba ciężko poruszyła głową i w jej gasnących oczach były wyraźne słowa: „kanalie z was, ot co….”

            Rozprostowując zdrętwiałe nogi, Piersikow wstał, wrócił do swego gabinetu, ziewnął, przetarł palcami wiecznie rozpalone powieki i, usiadłszy na taborecie, zajrzał do mikroskopu, położył palce na wizjerze i już zamierzał przekręcić śrubkę, lecz nie poruszył jej. Prawym okiem widział Piersikow mętną białą tarczę i na niej martwe blade ameby, a pośrodku tarczy siedział barwny lok, podobny do loku kobiecego. Ten lok i sam Piersikow, i setki uczniów jego widzieli wielokrotnie i nikt nie zainteresował się nim, a i nie było czego. Barwny pęczek światła tylko przeszkadzał obserwacji i pokazywał, że preparat nie jest w ognisku. Dlatego też bezlitośnie ścierano go jednym przekręceniem gwintu, oświetlając pole równym, białym światłem. Długie palce zoologa już ściśle legły na nacięcie gwintu i naraz drgnęły i zsunęły się. Przyczyną tego było prawe oko Piersikowa, naraz stał się czujnym, zdumiał się, przepełnił się nawet trwogą. Nie niedołężna pośredniość siedziała przy mikroskopie. Nie, siedział profesor Piersikow! Całe życie, pomysły jego skoncentrowały się w prawym oku. Pięć minut w kamiennym milczeniu wyższa istota obserwowała niższą, męcząc i naprężając oko nad stojącym poza ogniskiem preparatem. Wokoło wszystko milczało. Pankrat zasnął już w swoim pokoju w westybulu i jeden raz tylko muzykalnie i delikatnie zadzwoniły szyby w szafkach — to Iwanow, wychodząc, zamknął swój gabinet. Jęknęły za nim drzwi wejściowe. Potem już dał się słyszeć głos profesora. Kogo on zapytywał — nie wiadomo.

            — Co takiego?… Nic nie rozumiem…

            Spóźniony samochód ciężarowy przejechał przez ulicę Hercena, zatrząsłszy starymi ścianami instytutu. Płaska szklanna czarka z pincetami zadźwięczała na stole. Profesor zbladł i podniósł rękę nad mikroskopem, zupełnie jak matka nad dzieckiem, któremu zagraża niebezpieczeństwo. Teraz nie mogło być i mowy o tym, ażeby Piersikow poruszył gwint, o nie, obawiał się, ażeby jakakolwiek postronna moc nie wypchnęła z pola widzenia tego, co zobaczył.

            Był w całej pełni biały poranek ze złotą smugą, przecinającą kremowy ganek instytutu, kiedy profesor odszedł od mikroskopu i podszedł na zdrętwiałych nogach do okna. Drżącymi palcami nacisnął guziczek i czarne grube story zasłoniły ranek i w gabinecie ożyła mądra uczona noc. Żółty i natchniony Piersikow rozstawił nogi i przemówił, utkwiwszy w podłodze załzawione oczy:

            — Lecz jakżeż to tak?… Wszakżeż to potworne!… To potworne, panowie — powtórzył, zwracając się do żab w terrarium, lecz żaby spały i nic nie odpowiedziały.

            Milczał przez chwilę, podszedł potem do wyłącznika, podniósł storę, zgasił wszystkie światła i zajrzał do mikroskopu. Twarz jego stała się naprężoną, zsunął krzaczaste żółte brwi.

            — Uhu, uhu — zamruczał: przepadł. Rozumiem. R-o-o-zumiem! — przeciągnął, obłąkańczo i z natchnieniem patrząc na zagasłą kulę nad głową: — to proste.

            I znów opuścił syczące story, i znów zapalił kulę. Zajrzał do kuli, radośnie i jakby drapieżnie uśmiechnął się.

            — Ja go złapię — tryumfalnie i z powagą wyrzekł, podnosząc palec do góry: złapię. Być może i od słońca.

            Znów podniosły się story. Słońce teraz było istotnie. Oto zalało ono ściany instytutu i ukosem położyło się na bruku Hercena. Profesor patrzał przez okno, kombinując, gdzie będzie słońce w dzień. To odchodził, to zbliżał, leciutko przytańcowując, i w końcu brzuchem położył się na desce okiennej.

            Przystąpił do ważnej i tajemniczej roboty. Szklannym dzwonem nakrył mikroskop. Na błękitnawym płomieniu lampki roztopił kawałek laku i brzegi dzwonu przypieczętował do stołu, a na plamach lakowych odcisnął swój wielki palec. Zgasił gaz, wyszedł, i drzwi gabinetu zamknął na angielski zamek.

            Półmrok panował w korytarzach instytutu. Profesor dotarł do pokoju Pankrata i długo i bez powodzenia stukał do nich. W końcu za drzwiami dało się słyszeć mruczenie, jakby psa łańcuchowego, charkanie i beczenie, i Pankrat w kalesonach w paski, zawiązanych w kostkach, stanął w jasnej plamie. Oczy jego dziko utkwione były w postaci uczonego, leciutko jeszcze poziewał ze snu.

            — Pankrat — rzekł profesor, patrząc na niego przez okulary: przepraszam, że cię obudziłem. Ot co, mój przyjacielu, do mego gabinetu jutro rano nie wchodź. Pozostawiłem tam robotę, której poruszyć nie można. Zrozumiałeś.

            — U-u-u, zro-zro-zrozumiałem — odpowiedział Pankrat, nic nie rozumiejąc. Chwiał się i ziewał.

            — Nie, słuchaj, ty się obudź, Pankrat — mówił zoolog i leciutko tknął Pankrata w żebro, skutkiem czego na twarzy tegoż odbiło się przerażenie i pewien cień zrozumienia w oczach: Gabinet zamknąłem — ciągnął Piersikow: więc sprzątać go nie trzeba do mojego przyjścia. Zrozumiałeś?

            — Słucham — zaskrzypiał Pankrat.

            — No więc i pięknie, kładź się spać.

            Pankrat zawrócił, znikł w drzwiach i zaraz runął na łóżko, a profesor zaczął ubierać się w westibulu. Włożył szare letnie palto i miękki kapelusz, potem przypomniawszy sobie obraz w mikroskopie, utkwił wzrok w swoich kaloszach i przez kilka sekund patrzał na nie, jakby je widział po raz pierwszy. Potem włożył lewy i na lewy chciał włożyć prawy, lecz ten nie właził.

            — Jaki potworny przypadek, że on mnie odwołał — rzekł uczony: inaczej bym go tak i nie zauważył. Lecz co to obiecuje?… Wszak to obiecuje diabli wiedzą co takiego!…

            Profesor uśmiechnął się, zmrużył oczy na kalosze i lewy zdjął, a prawy włożył: Boże mój! Wszak nawet wyobrazić sobie nie można wszelkich następstw… — Profesor z pogardą pchnął lewy kalosz, który drażnił go, nie chcąc wchodzić na prawy, i poszedł ku wyjściu w jednym kaloszu. Tutaj zgubił chustkę do nosa i wyszedł, trzasnąwszy ciężkimi drzwiami. Na ganku szukał długo w kieszeni zapałek, uderzając się po bokach, znalazł i poszedł ulicą z niezapalonym papierosem w ustach.

            Ani jednego człowieka nie spotkał uczony aż do samej cerkwi. Tam profesor, zadarłszy głowę, wpatrywał się w złoty hełm. Słońce przyjemnie lizało go z jednej strony.

            — Jak to, żem wcześniej go nie widział, jaki przypadek?… Pfuj, dureń — profesor nachylił się i zamyślił, patrząc na różnie obute nogi: — hm… Co robić? Do Pankrata się wrócić? Nie, jego nie rozbudzisz. Rzucić go, podły, szkoda. Trzeba będzie nieść w ręku. — Zdjął kalosz i z obrzydzeniem niósł go.

            Na starym samochodzie z Preczystienki wyjechało troje. Dwóch pijaniusieńkich i na kolanach ich jaskrawo umalowana kobieta w jedwabnych szarawarach według mody 28. roku.

            — Ech, papciu! — zawołała niskim ochrypłym głosem: cóżeś ty drugi kalosz przepił!

            — Widocznie w Alkazarze wstawił się staruszek — zawył lewy pijaniusieńki, prawy zaś wysunął się z samochodu i zawołał:

            — Ojciec, czy nocna na Wołchowce otwarta? My tam!

            Profesor surowo popatrzał na nich ponad okularami, wypuścił z ust papierosa i natychmiast zapomniał o ich egzystencji. Na bulwarze Preczystienskom rodziły się słoneczne smugi, a hełm Chrystusa zaczął płonąć. Wzeszło słońce.

            Rozdział III. Piersikow złapał

            Sprawa cała polegała oto na czym. Kiedy profesor zbliżył genialne oko swoje do okularu mikroskopu, po raz pierwszy w życiu zwrócił uwagę na to, że w różnobarwnym loku szczególnie jaskrawo i grubo wydzielał się jeden promień. Promień ten był jaskrawoczerwonej barwy i z loku wypadał jak malutka osobna, no, powiedzmy, jak igiełka, czy co.

            Po prostu już takie nieszczęście, że na kilka sekund promień ten pozyskał doświadczone oko wirtuoza.

            W nim — w promieniu, profesor dojrzał to, co było o tysiąc razy znaczniejsze i ważniejsze od samego promienia, nietrwałego dziecięcia, zrodzonego wypadkowo przy poruszaniu lusterka i obiektywu mikroskopu. Dzięki temu, że asystent odwołał profesora, ameby przeleżały półtorej godziny pod działaniem tego promienia i oto co się otrzymało: podczas gdy na tarczy poza promieniem ziarniste ameby leżały zwiędłe i bezradne, w tym miejscu, gdzie padał czerwony zaostrzony miecz, odbywały się dziwne zjawiska. W czerwonej smużce kipiało życie. Szarutkie ameby, wypuszczając swe macki, ciągnęły się z całej mocy ku czerwonej smudze i w niej (zupełnie jakby w sposób czarodziejski) nabierały życia. Jakaś moc tchnąła w nie ducha życia. Lazły stadem i walczyły jedna z drugą o miejsce w promieniu. Odbywało się w nim szalone, inne słowo dobrać trudno, rozmnożenie. Łamiąc i obalając wszystkie prawa, znane Piersikowowi jak swoje pięć palców, rozmnażały się w jego oczach z błyskawiczną szybkością. Rozkładały się na części w promieniu i każda z części w przeciągu 2 sekund stawała się nowym i świeżym organizmem.Organizmy te w kilka chwil osiągały wnet i dojrzałość li tylko na to, ażeby ze swojej strony natychmiast dać nowe pokolenie. W czerwonej smudze, a potem i na całej tarczy zrobiło się ciasno i wszczęła się nieunikniona walka. Nowonarodzone wściekle rzucały się jedne na drugie i rwały na strzępy i połykały. Wśród narodzonych leżały trupy tych, które zginęły w walce o egzystencję. Zwyciężały lepsze i silniejsze. I te lepsze były straszne. Po pierwsze objętością przewyższały przypuszczalnie dwukrotnie zwykłe ameby, a po wtóre odznaczały się jakąś specjalną złośliwością i rześkością. Ruchy ich były błyskawiczne, macki ich znacznie dłuższe od normalnych i pracowały nimi, bez przesady, jak ośmiornice swymi mackami.

            Już drugi wieczór profesor, wymizerowany i pobladły, bez jedzenia, podniecając się tylko grubymi, kręconymi w palcach papierosami, badał nowe pokolenie ameb, a na trzeci dzień przeszedł do praźródła, to jest do czerwonego promienia.

            Gaz cichutko syczał w palniku, znów na ulicy panował ruch i profesor, zatruty setnym papierosem, przymknąwszy oczy, oparł się o plecy fotela na śrubie.

            — Tak — teraz wszystko wyraźne. Ożywił je promień. To nowy, niezbadany przez nikogo, przez nikogo nie wynaleziony promień. Pierwsze, co trzeba będzie wyjaśnić, to — czy powstaje on tylko od elektryczności, czy także i od słońca — mruczał Piersikow do samego siebie. I w przeciągu jeszcze jednej nocy wyjaśniło się to. W trzy mikroskopy Piersikow schwytał trzy promienie, od słońca nic nie schwytał i wyraził się tak:

            — Należy przypuszczać, że w spektrum słońca go nie ma… hm… no, jednym słowem, należy przypuszczać, że wydobyć go można tylko ze światła.

            Miłośnie popatrzał na matową kulę w górze, w natchnieniu pomyślał i zaprosił do swego gabinetu Iwanowa. Opowiedział mu wszystko i pokazał ameby.

            Prywat-docent Iwanow był zdumiony, zupełnie przygnieciony: jakżeż taka prosta rzecz, jak ta cieniutka strzała, nie była zauważona wcześniej, niech diabli wezmą! I przez kogokolwiek, i chociażby przez niego, Iwanowa, i rzeczywiście to potworne! Wy tylko popatrzcie!…

            — Wy popatrzcie, Włodzimierzu Ipatiewiuczu! — mówił Iwanow, w przerażeniu lgnąc okiem do okularu: co się robi?! One rosną w moich oczach… Spójrzcie, spójrzcie…

            — Obserwuję je już trzeci dzień — w natchnieniu odrzekł Piersikow.

            Potem wynikła między dwoma uczonymi rozmowa, sens której polegał na tym, co następuje: prywat-docent Iwanow podejmuje się sporządzić przy pomocy ścianek i luster kamerę, w której można będzie otrzymać ten promień w postaci powiększonej i poza mikroskopem. Iwanow spodziewa się, a nawet jest zupełnie pewien, że jest to nadzwyczaj proste. Promień otrzyma, Włodzimierz Ipatiewicz może o tym nie wątpić. Tu zaszła mała wątpliwość.

            — Ja, Piotrze Stiepanowiczu, kiedy ogłoszę pracę, napiszę, że kamera została zbudowana przez pana — wtrącił Piersikow, czując, że kłopot należy rozstrzygnąć.

            — O, to nieważne… Zresztą, ma się rozumieć…

            I kłopot zaraz został rozstrzygnięty. Od tego czasu promień pochłonął i Iwanowa. Podczas gdy Piersikow, chudnąc i wyczerpując się, przesiadywał dnie i połowy nocy przy mikroskopie, Iwanow krzątał się w błyszczącym od lamp gabinecie fizycznym, kombinując ścianki i lustra. Pomagał mu mechanik.

            Z Niemiec na zapotrzebowanie komisariatu oświaty przysłali Piersikowowi trzy posyłki, zawierające w sobie lustra podwójnie wypukłe, podwójnie wklęsłe i nawet jakieś wypukło-wklęsłe szkła szlifowane. Skończyło się na tym, że Iwanow sporządził kamerę i w nią rzeczywiście schwytał czerwony promień. I należy oddać sprawiedliwość, schwytał po mistrzowsku: promień wyszedł gruby, z 4 centymetry w średnicy, ostry i silny.

            1 czerwca kamerę ustawiono w gabinecie Piersikowa i chciwie rozpoczął doświadczenia z ikrą żab, oświetloną przez promień. Doświadczenia dały wstrząsające wyniki. W przeciągu dwóch dni z ikry wylęgły się tysiące kijanek. Lecz to mało, w przeciągu jednej doby kijanki wyrosły niezwykle na żaby i do tego tak złe i żarłoczne, że połowa z nich zaraz na miejscu pożarta została przez drugą połowę. Za to pozostałe przy życiu poczęły bez żadnych określonych terminów składać ikrę i w 2 dni, już poza wszelkim promieniem, wywiodły nowe pokolenie i przy tym już zupełnie niezliczone. W gabinecie uczonego zaczęło się dziać diabli wiedzą co: kijanki rozpełzły się z gabinetu po całym instytucie, w terrariach i wprost na podłodze, we wszystkich zakątkach, kwakały monotonne chóry, jak na błotach. Pankrat, i tak bojący się Piersikowa jak ognia, teraz uczuwał w stosunku do niego jedno uczucie: śmiertelne przerażenie. Po tygodniu i sam uczony poczuł, że dostaje szału. Instytut napełnił się zapachem eteru i cjanku kalium, którym nieomal że nie otruł się Pankrat, który nie w porę zdjął maskę. Rozmnożone pokolenie błotne udało się w końcu wymordować truciznami, gabinety przewietrzyć.

            Do Iwanowa Piersikow rzekł tak:

            — Wie pan, Piotrze Stiepanowiczu, że działania promienia na deuteroplazmę i w ogóle na komórki jajek są zdumiewające.

            Iwanow, zimny i powściągliwy gentelman, przerwał profesorowi niezwykłym tonem:

            — Włodzimierzu Ipatiewiczu, co pan tam opowiada o drobnych detalach, o deiterplazmie. Będziemy mówić wprost: pan wynalazł coś niesłychanego — widocznie z wielkim natężeniem, lecz mimo to Iwanow wydławił z siebie słowa: profesorze Piersikow, pan wynalazł promień życia!

            Blady rumieniec ukazał się na bladych, nieogolonych policzkach Piersikowa.

            — No-no-no — zamruczał.

            — Pan — ciągnął Iwanow: pan zdobędzie takie imię… Mnie aż kręci się w głowie — ciągnął dalej namiętnie: Włodzimierzu Ipatjiczu, bohaterowie Wellsa w porównaniu z panem po prostu głupstwo… A Ja myślałem, że to bajki… Pan pamięta jego Pokarm bogów ?

            — A to romans — odpowiedział Piersikow.

            — No tak, Boże, znany przecież!…

            — Zapomniałem go — odrzekł Piersikow: pamiętam, czytałem, lecz zapomniałem.

            — Jakżeż pan nie pamięta, niechżeż pan spojrzy — Iwanow podniósł za nóżkę z szklannego stołu nieprawdopodobnych rozmiarów żabę z rozpuchłym brzuchem. Na pysku jej nawet po śmierci widoczny był złośliwy wyraz: przecież to potworne!…

            Rozdział IV. Popadia Drozdowa

            Bóg wie dlaczego, czy Iwanow był tu winien, czy też dlatego, że wiadomości sensacyjne rozchodzą się powietrzem same przez się, lecz tylko w olbrzymiej kipiącej Moskwie poczęto naraz mówić o promieniu i o profesorze Piersikowie. Prawda, jakoś pobieżnie i bardzo mgliście. Wiadomość o cudotwórczym wynalazku skakała, jak ptak postrzelony w błyszczącej stolicy, to niknąc, to znów pojawiając się do połowy lipca, kiedy na 20 stronicy gazety „Izwiestia”, pod nagłówkiem „Nowości nauki i techniki” pojawiła się krótka notatka, traktująca o promieniu. Powiedziane było głucho, że znany profesor IV uniwersytetu wynalazł promień, nieprawdopodobnie podwyższający życiową działalność niższych organizmów i że promień ten wymaga sprawdzenia. Nazwisko, ma się rozumieć, było zełgane i wydrukowane: „Piewsikow”.

            Iwanow przyniósł gazetę i pokazał Piersikowowi notatkę. — „Piewsikow” — zauważył Piersikow, krzątając się przy kamerze w gabinecie: skąd ci świstacy wszystko wiedzą?

            Ale zełgane nazwisko nie uratowało profesora od wypadków i zaczęły się one zaraz następnego dnia, od razu naruszając całe życie Piersikowa.

            Pankrat, uprzednio zastukawszy, zjawił się w gabinecie i wręczył Piersikowowi wspaniały atłasowy bilet wizytowy.

            — On jest tamój — nieśmiało dodał Pankrat.

            Na bilecie było wydrukowane wytwornym drukiem:

            ALFRED ARKADJEWICZ

            BRONSKIJ

            Współpracownik pism moskiewskich — „Czerwony Ognik”, „Czerwony Pieprz”, „Czerwony Tygodnik”, „Czerwony Prożektor” i gazety „Czerwona Moskwa Wieczorna”.

            — Przepędź go do diablej matki — monotonnie rzekł Piersikow i zrzucił bilet pod stół.

            Pankrat zawrócił, wyszedł i po pięciu minutach wrócił z męczeńską miną i z drugim egzemplarzem tegoż samego biletu.

            — Ty cóż to, drwisz sobie? — zaskrzypał Piersikow i stał się strasznym.

            — Z gepeju oni mówią… — blednąc, odpowiedział Pankrat.

            Piersikow jedną ręką schwytał za bilet, omal go nie przedarł na połowę, a drugą rzucił pincetę na stół. Na bilecie dopisane było okrągłym pismem:

            „Proszę bardzo i przepraszam, przyjąć mnie, wielce szanowny profesorze, na trzy minuty w sprawach społecznych prasy i współpracownik satyrycznego pisma „Czerwony Kruk”, wydawnictwo GPU”.

            — Zawołaj go tutaj — rzekł Piersikow i zatchnął się.

            Spoza pleców Pankrata natychmiast wynurzył się młody człowiek z gładko wygoloną lśniącą twarzą. Zdumiewały wiecznie podniesione, zupełnie jak u Chińczyka, brwi i pod nimi ani na sekundę nie patrzące w oczy rozmówcy agatowe oczy. Młody człowiek był ubrany zupełnie bez zarzutu i modnie. W wąską i długą aż do kolan marynarkę, możebnie najszersze spodnie jak dzwon i nienaturalnej szerokości lakierowane trzewiki z nosami, podobnymi do kopyt. W rękach młody człowiek trzymał trzcinę, kapelusz szpiczasty i block-notes.

            — Co panu potrzeba? — spytał Piersikow takim głosem, że Pankrat momentalnie uciekł za drzwi — wszak panu powiedziano, że jestem zajęty.

            Zamiast odpowiedzi młody człowiek pokłonił się profesorowi dwa razy na lewy bok i na prawy, a potem oczki jego kółeczkiem przebiegły po całym gabinecie i natychmiast młody człowiek zrobił w block-notesie znak.

            — Jestem zajęty — rzekł profesor, ze wstrętem patrząc na oczki gościa, lecz żadnego efektu nie osiągnął, gdyż oczki te były nieuchwytne.

            — Proszę tysiąckrotnie o przebaczenie, głęboko szanowny profesorze — przemówił młody człowiek cienkim głosem — że wtargnąłem do pana i zabieram drogocenny czas pański, lecz wiadomość o pańskim światowym wynalazku, rozbrzmiewająca po całym świecie, zmusza nasz dziennik prosić pana o jakiekolwiek wyjaśnienia.

            — Jakie tam znów wyjaśnienia po całym świecie — zajęczał Piersikow piskliwie i pożółkł: nie jestem obowiązany dawać panu wyjaśnień i nic takiego… Jestem zajęty… strasznie zajęty.

            — Nad czym pan pracuje? — słodko spytał młody człowiek i postawił drugi znak w blocknotesie…

            — Lecz ja… pan co?… Chce pan wydrukować coś?

            — Tak — odpowiedział młody człowiek i naraz zaczął szybko pisać w block-notesie.

            — Po pierwsze, nie mam zamiaru nic opublikować, dopóki nie skończę pracy… tym bardziej w tych waszych gazetach… Po drugie, skąd pan to wszystko wie?… — I Piersikow naraz poczuł, że traci grunt pod nogami.

            — Czy prawdziwą jest wiadomość, że pan wynalazł promień nowego życia?

            — Jakiego tam nowego życia? — rozwścieczył się profesor: czego pan głupstwa plecie! Promień, nad którym pracuję, jeszcze daleko nie jest zbadany i w ogóle nic jeszcze nie wiadomo! Możebne, że podwyższa życiową działalność protoplazmy…

            — O ile razy? — spytał spiesznie młody człowiek.

            Piersikow ostatecznie stracił grunt pod nogami… „No, typek. Przecież to diabli wiedzą co takiego!”

            — Co za obywatelskie zapytania? Przypuśćmy, że powiem, no, w tysiąc razy!…

            W oczkach młodego człowieka błysnęła drapieżna radość.

            — Otrzymują się gigantyczne organizmy?

            — Ależ nic podobnego! No, prawda, organizmy, otrzymane przeze mnie, większe są od zwykłych… No, posiadają niektóre nowe właściwości… Lecz przecież tu główną jest nie wielkość, a nieprawdopodobna szybkość rozmnażania — rzekł na swoje nieszczęście Piersikow i natychmiast przeraził się. Młody człowiek zapisał całą stronicę, odwrócił ją i zaczął smarować dalej.

            — Niech pan nie pisze! — poddając się i czując, że znajduje się w rękach młodego człowieka, w rozpaczy zasyczał Piersikow: co pan takiego pisze?…

            — Czy to prawda, że w przeciągu dwóch dób z ikry można otrzymać 2 miliony kijanek?

            — Z jakiej ilości ikry? — znów rozwścieklony zawołał Piersikow: czy pan widział kiedykolwiek ziarnko ikry… no, powiedzmy, ropuchy?

            — Z pół funta? — niezmieszany zupełnie spytał młody człowiek.

            Piersikow zaczerwienił się.

            — Któż tak mierzy? Pfuj!… Co pan takiego mówi? No, rozumie się, jeżeli wziąć pół funta żabiej ikry… wtedy, przypuśćmy… czort, no, około tej ilości, a, być może, i znacznie więcej!…

            Brylanty zapłonęły w oczach młodego człowieka i za jednym zamachem zasmarował jeszcze jedną stronicę.

            — Czy to prawda, że wywoła to przewrót światowy w hodowli zwierząt?

            — Co to za gazeciarskie zapytanie — zawył Piersikow: i w ogóle nie daję panu pozwolenia na pisanie głupstw. Widzę z pańskiej twarzy, że pisze pan jakąś obrzydliwość!…

            — Pańską fotografię, profesorze, najuprzejmiej proszę — mówił młody człowiek i zatrzasnął block-notes.

            — Co? Moją fotografię? To do waszych pisemek? Razem z tą diabelszczyzną, którą pan tam pisze. Nie, nie, nie… I ja jestem zajęty… poproszę pana!…

            — Chociażby starą. Zwrócimy ją panu momentalnie.

            — Pankrat! — zawołał profesor w szale.

            — Mam zaszczyt kłaniać się — rzekł młody człowiek i zniknął.

            Zamiast Pankrata dał się słyszeć za drzwiami miarowy skrzyp maszyny, jednostajny stuk w podłogę i w gabinecie zjawił się niezwykłej grubości człowiek, ubrany w bluzę i spodnie, uszyte z sukna kołdrowego. Lewa, mechaniczna noga jego szczękała i grzmiała, a w ręku trzymał teczkę. Wygoloną, okrągłą twarz jego, nalaną żółtawą galaretą, rozjaśniał uprzejmie uśmiech. Ukłonił się profesorowi po wojskowemu i wyprostował, skutkiem czego noga jego zaszczękała sprężynami. Piersikow oniemiał.

            — Panie profesorze — zaczął nieznajomy przyjemnym ochrypłym głosem: niech pan daruje prostemu śmiertelnikowi, który naruszył pańską samotność.

            — Pan reporter? — spytał Piersikow: — Pankrat!!

            — Zupełnie nie, panie profesorze — odpowiedział grubas — pan pozwoli się przedstawić — kapitan dalekiej żeglugi i współpracownik gazety „Goniec Przemysłowy” przy radzie komisarzy ludowych.

            — Pankrat!! — histerycznie zawołał Piersikow i jednocześnie w kącie wysunął się czerwony sygnał i łagodnie zadzwonił telefon: Pankrat! — powtórzył profesor: słucham.

            — Verzeigen Sie bitte, Herr Professor — zaskrzypiał telefon po niemiecku: das ich schere. Ich bin mittarbeiter des „Berliner Tageblatts”…

            — Pankrat! — zawołał w słuchawkę profesor: bin momenten sehr beschäftigt und kann sie deshalb jetzt nicht empfangen!… Pankrat!!…

            A przy głównym wejściu do instytutu w tej chwili rozpoczęły się dzwonki.

            *

            — Koszmarne zabójstwo na ulicy Bronnej!! — wyły nienaturalne ochrypłe głosy, kręcąc się w gęstwinie ogni między kołami i wybuchami latarni na rozpalonym czerwcowym bruku: koszmarne zjawienie się choroby kur u wdowy popadii Drozdowej z jej portretem! Koszmarny wynalazek promienia życia profesora Piersikowa!!

            Piersikow szarpnął się tak, że omal nie wpadł pod samochód na Mochowej i wściekle schwytał gazetę.

            — 3 kopiejki, obywatelu! — zawołał chłopiec i wciskając się w tłum na trotuarze znów zawył: „Czerwona Gazeta Wieczorna”, wynalazek iks-promieni!

            Oszołomiony Piersikow rozwinął gazetę i przytulił się do słupa latarni. Na drugiej stronicy w lewym rogu w grubej ramce spojrzał na niego łysy, z szalonymi i niewidzącymi oczyma, z obwisłą dolną wargą, człowiek, owoc artystycznej twórczości Alfreda Brońskiego. „W. I. Piersikow, który wynalazł zagadkowy czerwony promień”, głosił podpis pod rysunkiem. Niżej, pod nagłówkiem „światowa zagadka”, zaczynał się artykuł słowami:

            „Niech pan siada — uprzejmie rzekł nam poważny uczony Piersikow… ”

            Pod artykułem widniał podpis „Alfred Bronskij (Alonso)”. Zielonkawe światło wzniosło się nad dachy uniwersytetu, na niebie wyskoczyły ogniste słowa „Mówiąca gazeta” i natychmiast tłum zapełnił Mochową ulicę.

            „Niech pan siada!! — zawył naraz przez tubę na dachu nieprzyjemny cienki głos, zupełnie podobny do spotęgowanego o tysiąc razy głosu Alfreda Brońskiego — uprzejmie rzekł nam poważny uczony Piersikow! Dawno już chciałem poznajomić moskiewski proletariat z wynikami mego wynalazku…”

            Cichy, mechaniczny skrzyp dał się słyszeć za plecami Piersikowa i ktoś pociągnął go za rękaw. Obejrzawszy się, zobaczył żółtą okrągłą twarz właściciela nogi mechanicznej. Oczy jego zwilżone były łzami i usta drgały.

            — Mnie, panie profesorze, pan nie chciał poznajomić z wynikami swego zdumiewającego wynalazku — rzekł smutnie i głęboko westchnął: Przepadły moje półtora czerwońca.

            Tęsknie patrzał na dach uniwersytetu, gdzie w czarnej paszczy szalał niewidzialny Alfred. Piersikowowi dlaczegoś zrobiło się żal grubasa.

            — Ja — wybąknął, z nienawiścią chwytając słowa z nieba — żadnego „niech pan siada” mu nie mówiłem! To po prostu zuchwalec niezwykłego rodzaju! Pan mi daruje, proszę bardzo — lecz, doprawdy, kiedy pracujesz i wpadają… Nie o panu, ma się rozumieć, mówię…

            — Być może, pan mi, panie profesorze, da choć opis swej kamery? — przypochlebnie i żałośnie mówił człowiek mechaniczny: wszak panu teraz wszystko jedno…

            — Z pół funta ikry w przeciągu 3 dni wykluwa się taka ilość kijanek, że ich nie ma możności nawet policzyć — ryczał niewidzialny przez tubę.

            — Tu — tu — głucho krzyczały samochody na Mochowej.

            — Ho-ho — ho… Patrz — no, ho-ho — ho — szumiał tłum, zadzierając głowy.

            — Jaki łotr? Co? — drżąc z oburzenia syczał Piersikow do mechanicznego człowieka: jak się to panu podoba? Toż ja na niego skarżyć się będę!

            — Oburzające! — zgodził się grubas.

            Oślepiający promień fiołkowy uderzył w oczy profesora i wszystko wkoło zapłonęło: słup latarni, kawałek bruku ulicy, żółta ściana, ciekawe twarze.

            — To pana, panie profesorze — z zachwytem szepnął grubas i zawisnął na rękawie profesora, jak ciężar. W powietrzu coś zatrzeszczało.

            — A no ich wszystkich do diabła! — z oburzeniem zawołał Piersikow, przedzierając się z ciężarem przez tłum: Hej, taksówka. Na Preczystienkę!

            Obdrapana, stara maszyna, konstrukcji 24. roku zawarczała przy trotuarze i profesor wsiadł do landa, usiłując odczepić się od grubasa.

            — Pan mi przeszkadza — syczał i zakrywał się pięściami przed fioletowym światłem.

            — Czytaliście?! Co tam wrzeszczą?… Profesora Piersikowa z dziećmi zarżnęli na Małej Bronnej!… — krzyczeli wokoło w tłumie.

            — Żadnych ja dzieci nie mam, sucze syny — zawrzeszczał Piersikow i naraz wpadł pod obiektyw czarnego aparatu, który schwytał go profilem z otwartymi ustami i wściekłymi oczyma.

            — Koh… tu… koh… tu — zawarczał taksometr i werżnął się w tłum.

            Grubas siedział już w landzie i grzał bok profesorowi.

            Rozdział V. Kurza historia

            W powiatowym, zapadłym miasteczku, byłym Troicku, a obecnie Stiekłowsku, Kostromskiej guberni, Stachłowskiego powiatu, na ganeczek domku na byłej Sobornej, a obecnie Personalnej ulicy, wyszła przewiązana chusteczką kobieta w szarej sukni z perkalowymi bukietami i rozpłakała się. Kobieta ta, wdowa po byłym sobornym protojereju byłego soboru, Drozdowa, płakała tak głośno, że wkrótce, z domku położonego przez ulicę, przez okienko wysunęła się babska głowa w puchowej chustce i zawołała:

            — Cóż ty, Stiepanowna, alboż jeszcze?…

            — Siedemnasta! — rozpływając się w łkaniach, odpowiedziała była Drozdowa.

            — Achti-ch-ti-ch — zaskowyczała i pokiwała głową baba w chustce: przecież, cóż to takiego? — Rozgniewał się Bóg, szczere słowo! Czyżbyż jednak zdechła?…

            — A ty spójrz, spójrz, Matrena — mruczała popadia, sapiąc głośno i ciężko: ty spójrz, co z nią się dzieje!

            Trzasnąła szara pochylająca się furteczka, babskie bose nogi zaczłapały po pełnych pyłu garbach ulicy, i mokra od łez popadia poprowadziła Matrenę do swego kurnika.

            Należy powiedzieć, że wdowa ojca protojereja Sawwatja Drozdowa, zmarłego w 26 roku skutkiem zmartwień antyreligijnych, nie opuściła rąk, a urządziła godną uwagi hodowlę kur. Zaledwie tylko wdowie interesy poszły w górę, nałożono na wdowę taki podatek, że hodowla kur omal nie została przerwaną, gdyby nie dobrzy ludzie. Nauczyli wdowę, ażeby złożyła władzom miejscowym deklarację o tym, że ona, wdowa, zakłada robotniczą kooperatywę hodowli kur. W skład kooperatywy weszła sama Drozdowa, wierna sługa jej Matreszka i głucha siostrzenica wdowy. Podatki nałożone na wdowę skasowano i hodowla kur rozkwitała o tyle, że w 2. roku u wdowy, na pełnym pyłu podwórku, otoczonym kurnikami, chodziło do 250 kur, w liczbie których były nawet kochinchinki. Wdowie jajka co niedziela ukazywały się na rynku w Stiekłowie, wdowimi jajkami handlowali w Tambowie, a zdawało się, że ukazywały się one i w szklannych witrynach magazynu byłego „ser i masło Czyczkina w Moskwie”.

            I oto siedemnasta według liczby od rana bramaputra, ulubiona czubatka, chodziła po podwórzu i wymiotowała. „Er… urł… urł… koko-ko” — wyprawiała czubatka i zataczała smutne oczy na słońce tak, jakby widziała je po raz ostatni. Przed dziobem kwoki w kucki wytańcowywał członek kooperatywy Matreszka z miseczką wody.

            — Czubatka, mileńka… cyp-cyp-cyp… napij się wody — błagała Matreszka i goniła dziób czubatki z miseczką, lecz czubatka pić nie chciała. Szeroko otwierała dziób, zadzierała głowę do góry… Potem zaczęła wymiotować krwią.

            — Panie Jezusie! — zawołał gość, klapnąwszy się po biodrach: cóż to takiego się robi? Sama czysta krew. Nigdy nie widziałam, żebym z miejsca nie zeszła, żeby kura, jak człowiek, cierpiała na żołądek.

            Były to ostatnie pożegnalne słowa dla biednej czubatki. Naraz przewróciła się na bok, bezradnie poruszyła pył dziobem i zamknęła oczy. Odwróciła się potem na plecy, obydwie nogi zadarła do góry i została nieruchomą. Basem zapłakała Matreszka, wylewając wodę z miseczki, i sama popadia — przewodniczący kooperatywy, a gość nachylił się do jej ucha i zaczął szeptać:

            — Stiepanowna, ziemię jeść będę, że kury twoje popsuli. Gdzież to widziane! Wszak takich kurzych chorób i nie ma! Twoje kury ktoś zaczarował!

            — Wrogowie życia mego! — zawołała popadia do nieba: cóż oni mnie ze świata chcą zgładzić?

            Na słowa jej odpowiedziało głośne pianie koguta i potem z kurnika wyrwał się jakoś bokiem, zupełnie jak awanturniczy pijak z piwiarni, obskubany chudy kogut. Zwierzęco wytrzeszczył na nie oczy, podreptał na miejscu, rozpostarł skrzydła, jak orzeł, lecz nigdzie nie odleciał, a począł biegać po podwórzu, w koło, jak koń na lince. Przy trzecim kole zatrzymał się i zemdliło go, potem zaczął charkać i chrypieć

            Gość
            Zgłoś
            Odpowiedz
    46 postów w tym wątku zostało wyłączonych z wyświetlania ze względu na sprzeczność z Zasadami Forum lub czasowo. Możesz wyświetlić wątek wraz z tymi postami.
    
    - Reklama -
    - Ogłoszenie społeczne -

    - Reklama -

    - Reklama -
    - Reklama -
    - Reklama -