2025 r. Odp.: Radny zapytał o koszty organizacji Dni Ostrowca!
To powrót do tradycji, czyli tradycyjnie: "(...) orkiestra dęta. Ta przyjechała do nas z Ochotniczej Straży Pożarnej w Pińczowie. – Bardzo nam się podoba. Fajnie, że coś się dzieje w naszym mieście – mówi, jedna z mieszkanek osiedla Kolonia Robotnicza. (...)"
Okazuje się, że wielka huta Celsa nie ma nawet własnej orkiestry? Buehehe.
Informacje o orkiestrach są zwykle rozproszone (kultura, MCK, wydarzenia, kroniki gmin).
### Oficjalne strony powiatu / instytucji
* Starostwo Powiatowe w Ostrowcu Świętokrzyskim (strona główna i BIP):
https://www.powiat.ostrowiecki.eu > https://samorzad.gov.pl/web/powiat-ostrowiecki/
https://www.kielce.uw.gov.pl > https://www.gov.pl/web/uw-swietokrzyski/
* Informacje o kulturze w powiecie (zawierają listę: Orkiestra Dęta, Młodzieżowa Orkiestra Dęta):
https://arch.ostrowiecki.eu/turystyka/kultura/
### Ważne: gdzie realnie znajdziesz info o orkiestrach
* Miejskie Centrum Kultury w Ostrowcu Świętokrzyskim
* lokalne gminy (Ostrowiec, Kunów, Bodzechów itd.)
* OSP i ich strony FB
* Biuletyn Informacji Publicznej (BIP powiatu i miasta)
### W Ostrowcu funkcjonują m.in.:
* Orkiestra Dęta
* Młodzieżowa Orkiestra Dęta (przy MCK)
Nie ma natomiast osobnej „powiatowej strony orkiestry” — to raczej element działalności kulturalnej miasta i gmin, nie samego starostwa.
Jeśli chcesz, mogę znaleźć konkretne artykuły (np. o występie tej orkiestry z Pińczowa albo koszcie wydarzenia), ale potrzebuję daty albo nazwy imprezy.
[1]: https://www.kielce.uw.gov.pl/pl/wojewodztwo/samorzad-terytorialny/powiaty-i-gminy/r8,Powiat-Ostrowiecki.html "Powiat Ostrowiecki - Powiaty - Świętokrzyski Urząd Wojewódzki w Kielcach"
[2]: https://arch.ostrowiecki.eu/turystyka/kultura/ "Kultura - Powiat ostrowiecki"
Grały w kameleonie ale zamknely bo jakis fsiur dzwoni na pały
W miasteczku, którego nikt nie potrafił znaleźć na mapie (choć wszyscy byli pewni, że kiedyś tam byli), pojawiła się pewnego dnia dziewczynka o rudych warkoczach i spojrzeniu, które zdawało się wyprzedzać rzeczywistość o pół kroku. Mówiono o niej różnie, ale najczęściej po prostu: Pippi.
Nie przyszła cicho. Najpierw było słychać śmiech, potem coś jakby stukot, a dopiero na końcu ją samą — stojącą na środku rynku z kapeluszem w ręku, do którego właśnie grała. Albo raczej: grała *do* kapelusza, bo dźwięków nikt nie słyszał, ale wszyscy mieli dziwne wrażenie, że coś jednak brzmi.
— To nie koncert — wyjaśniła z powagą. — To rozmowa.
Nikt nie zapytał z kim.
Największe poruszenie wywołało jednak coś, co mieszkańcy nazwali później „bombardowaniem pinderyndy”. Problem w tym, że nikt nie wiedział, czym właściwie jest pinderynda. Jedni twierdzili, że to wzgórze za rzeką, inni — że stary magazyn, jeszcze inni — że to w ogóle nie miejsce, tylko stan umysłu, w którym wszystko wydaje się trochę zbyt poważne.
Pippi nie tłumaczyła. Po prostu któregoś dnia stanęła na dachu najkrzywszego domu i zaczęła rzucać w powietrze garściami czegoś, co wyglądało jak konfetti, ale spadało z opóźnieniem i jakby zmieniało kierunek w locie.
— To na pinderyndę! — krzyknęła.
— Ale gdzie to jest? — zapytał ktoś z dołu.
— Wszędzie tam, gdzie nie powinno być aż tak poważnie — odpowiedziała.
I rzeczywiście, od tego dnia coś się zmieniło. Urzędnik, który zawsze mówił szeptem, nagle się roześmiał. Sprzedawczyni, która liczyła wszystko trzy razy, zaczęła się mylić — i wcale jej to nie przeszkadzało. Nawet zegar na wieży zaczął chodzić trochę nierówno, jakby nie był już pewien, czy musi się tak spieszyć.
A Pippi? Dalej grała do kapelusza.
Czasem ktoś próbował podsłuchać, przyłożyć ucho, zajrzeć do środka. Ale w kapeluszu nie było nic — poza dziwnym poczuciem, że coś właśnie się wydarza, tylko nie tam, gdzie wszyscy patrzą.
— To nie jest do oglądania — mówiła. — To jest do poruszania.
— Czego?
— No… pinderyndy.
I choć nikt nadal nie wiedział, czym dokładnie jest pinderynda, coraz więcej osób zaczynało podejrzewać, że może chodzi o coś ważnego. Coś, co łatwo przegapić, kiedy wszystko musi być na serio, równo i zgodnie z planem.
A Pippi? Robiła swoje.
Bombardowała, śmigała, grała do kapelusza —
i zostawiała za sobą rzeczywistość
odrobinę mniej sztywną niż wcześniej.
W miasteczku, którego nikt nie potrafił znaleźć na mapie (choć wszyscy byli pewni, że kiedyś tam byli), pojawiła się pewnego dnia dziewczynka o rudych warkoczach i spojrzeniu, które zdawało się wyprzedzać rzeczywistość o pół kroku. Mówiono o niej różnie, ale najczęściej po prostu: Pippi.
Nie przyszła cicho. Najpierw było słychać śmiech, potem coś jakby stukot, a dopiero na końcu ją samą — stojącą na środku rynku z kapeluszem w ręku, do którego właśnie grała. Albo raczej: grała *do* kapelusza, bo dźwięków nikt nie słyszał, ale wszyscy mieli dziwne wrażenie, że coś jednak brzmi.
— To nie koncert — wyjaśniła z powagą. — To rozmowa.
Nikt nie zapytał z kim.
Największe poruszenie wywołało jednak coś, co mieszkańcy nazwali później „bombardowaniem pinderyndy”. Problem w tym, że nikt nie wiedział, czym właściwie jest pinderynda. Jedni twierdzili, że to wzgórze za rzeką, inni — że stary magazyn, jeszcze inni — że to w ogóle nie miejsce, tylko stan umysłu, w którym wszystko wydaje się trochę zbyt poważne.
Pippi nie tłumaczyła. Po prostu któregoś dnia stanęła na dachu najkrzywszego domu i zaczęła rzucać w powietrze garściami czegoś, co wyglądało jak konfetti, ale spadało z opóźnieniem i jakby zmieniało kierunek w locie.
— To na pinderyndę! — krzyknęła.
— Ale gdzie to jest? — zapytał ktoś z dołu.
— Wszędzie tam, gdzie nie powinno być aż tak poważnie — odpowiedziała.
I rzeczywiście, od tego dnia coś się zmieniło. Urzędnik, który zawsze mówił szeptem, nagle się roześmiał. Sprzedawczyni, która liczyła wszystko trzy razy, zaczęła się mylić — i wcale jej to nie przeszkadzało. Nawet zegar na wieży zaczął chodzić trochę nierówno, jakby nie był już pewien, czy musi się tak spieszyć.
A Pippi? Dalej grała do kapelusza.
Czasem ktoś próbował podsłuchać, przyłożyć ucho, zajrzeć do środka. Ale w kapeluszu nie było nic — poza dziwnym poczuciem, że coś właśnie się wydarza, tylko nie tam, gdzie wszyscy patrzą.
— To nie jest do oglądania — mówiła. — To jest do poruszania.
— Czego?
— No… pinderyndy.
I choć nikt nadal nie wiedział, czym dokładnie jest pinderynda, coraz więcej osób zaczynało podejrzewać, że może chodzi o coś ważnego. Coś, co łatwo przegapić, kiedy wszystko musi być na serio, równo i zgodnie z planem.
A Pippi? Robiła swoje.
Bombardowała, śmigała, grała do kapelusza —
i zostawiała za sobą rzeczywistość
odrobinę mniej sztywną niż wcześniej.
Do kapelusza to można komuś najszczyć a nie zapłacić, szczególnie temu co to pisze takie głupoty jak ten z 20:45
Raczej zamiast spiwać tak jak w Hanowerze opier na weselu 4 wieże
https://www.youtube.com/watch?v=Km3_bsX_Xvo&list=RDKm3_bsX_Xvo&start_radio=1
Wieczorem, kiedy rynek już pustoszał, a zegar na wieży znowu pomylił godzinę z nastrojem, pod słupem ogłoszeniowym pojawiła się nowa kartka. Krzywo przybita, napisana grubym mazakiem, pełna złości, która próbowała udawać dowcip.
„Do kapelusza to można komuś naszczać, a nie grać.”
Ludzie czytali, parskali półgębkiem, kiwali głowami — jedni dlatego, że im się spodobało, inni dlatego, że łatwiej było kiwać niż myśleć. Ktoś nawet dopisał niżej:
„Wreszcie ktoś normalny.”
Pippi przeczytała wszystko bez słowa. Stała chwilę nieruchomo, a potem zdjęła kapelusz z głowy i postawiła go na środku rynku.
— Dziwne — powiedziała cicho. — Niektórzy naprawdę myślą, że jeśli czegoś nie rozumieją, to trzeba to od razu obsikać.
Nikt się nie odezwał.
— To taki odruch małych ludzi — ciągnęła. — Jak nie potrafią czegoś stworzyć, próbują przynajmniej zostawić na tym swój zapach.
Kilka osób odwróciło wzrok.
— Najłatwiej jest śmiać się z rzeczy, które mają w sobie trochę wyobraźni. Bo wyobraźnia jest groźna dla tych, którzy całe życie siedzą w ciasnym pokoju własnego ego i myślą, że cynizm to inteligencja.
Wiatr poruszył kartką na słupie.
— Tylko widzicie… — Pippi kopnęła kamyk. — Kapelusz da się wyczyścić. Gorzej z głową, która od środka nasiąkła pogardą.
Zapadła cisza.
Ten sam człowiek, który wcześniej śmiał się najgłośniej, prychnął:
— Aleś ty poważna.
Pippi uśmiechnęła się szeroko.
— Nie. To wy jesteście strasznie przewidywalni. Zawsze ten sam numer: coś was przerasta, więc próbujecie to sprowadzić do poziomu rynsztoka. Bo tam czujecie się ekspertami.
Kilka osób zachichotało nerwowo.
— I jeszcze jedno — dodała. — Mylicie bezczelność z odwagą. Odwaga to powiedzieć coś mądrego mimo ryzyka. Bezczelność to rzucić prymitywny komentarz i liczyć, że smród zastąpi charakter.
Potem podniosła kapelusz.
Otrzepała go spokojnie.
I zagrała do niego jeszcze raz.
Tym razem dźwięk było słychać wyraźnie.
Brzmiał trochę jak śmiech z ludzi, którzy całe życie mylili chamstwo z błyskotliwością.