Był wrześniowy wieczór 1949 roku. W szkole we wsi Dąbrowy, 7 km od Myszyńca, odbywała się lekcja dla dorosłych analfabetów.
Prowadził ją 34-letni nauczyciel, przedwojenny podoficer zawodowy, żołnierz kampanii wrześniowej. Szlak bojowy zakończył we Lwowie, a gdy miasto poddało się armii sowieckiej, z grupką żołnierzy przedzierał się na zachód. Schwytany przez Niemców, sześć lat spędził w stalagu i na przymusowych robotach.
Szkoła mieściła się w niewielkim, murowanym budynku, w którym mieszkała rodzina nauczyciela. Za ścianą salki lekcyjnej żona pilnowała miesięcznej córeczki. Lekcję przerwało wejście dwu mężczyzn, jeden miał karabin.
Choć od wojny minęły już cztery lata, widok uzbrojonych ludzi nie był rzadki na kurpiowskich wsiach. Siedzący w ławkach dorośli uczniowie zaczęli wyskakiwać przez okno.
W salce pozostał nauczyciel i dwu przybyłych.
- Dlaczego uprawiasz komunistyczną propagandę? - spytał ten z karabinem. - Należysz do PPR, współpracujesz z władzą?
- Nie należę do partii, do polityki się nie mieszam. Uczę tych ludzi czytać i pisać. Nic w tym złego.
- Ale kursy organizują bolszewicy, a ty mieszasz w głowach. W tył zwrot!
Nauczyciel myślał przez chwilę, że na tym incydent się skończy, ale drugi przybysz, który nie miał karabinu, z kieszeni wyciągnął łańcuszek z kłódką i zaczął krępować mu ręce. Najwyraźniej chcieli go wyprowadzić do lasu.
- Chcą mnie rozwalić - pomyślał.
Był niewysoki, ale silny, a co więcej, miał za sobą udział w prawdziwych walkach i kilka lat szkolenia wojskowego, którego przybyszom chyba brakowało.
Stali zbyt blisko i nie mogli posłużyć się karabinem. Nauczyciel chwycił za lufę, starając się odwrócić ją od siebie. Ten drugi bił kłódką przymocowaną do łańcuszka. Twarz nauczyciela zalała się krwią.
W pewnym momencie broń wystrzeliła. Nikt nie został ranny, ale huk wystraszył napastników. Uciekli, pozostawiając karabin.
Kilka miesięcy później zostali schwytani i skazani na 15 lat więzienia. Jeżeli żyją, a w 1949 roku mieli niewiele ponad 20 lat, są dziś odznaczani i chodzą w chwale "żołnierzy wyklętych".
Napad na szkołę był typową akcją "leśnych".
Przed kilku laty IPN wydał pracę "Powiat ostrołęcki w latach 1944-1956", w której opisano niektóre podobne akcje: zniszczenie dokumentacji w urzędzie gminy, zabranie maszyny do pisania, kontrolowanie ludzi wracających z targu, zabranie pieniędzy z ambulansu pocztowego, dokonanie rekwizycji w spółdzielni.
Szczegóły historii napadu na szkołę w Dąbrowach znam, gdyż tym nauczycielem był mój ojciec. Urodziłem się cztery lata później, gdy wsie północnego Mazowsza wciąż jeszcze terroryzowały oddziały Narodowego Zjednoczenia Wojskowego.
Oddział Stanisława Grajka "Mazura" został zlikwidowany dopiero w listopadzie 1953 roku. Ci, którzy go poznali, mówili, że był psychopatą, budził paniczny strach mieszkańców wsi.
Niedobitki NZW na północnym Mazowszu przetrwały do 1955 roku. W dzieciństwie opowieści o "leśnych" słyszałem od wielu ludzi. Nie pamiętam, by ktoś nazywał ich "żołnierzami wyklętymi".
Nie pamiętam, by ktoś wspominał ich dobrze. Wielu z nich znalazło się w sytuacji tragicznej, uciekając do lasu w obawie przed aresztowaniem, a być może śmiercią.
Stopniowo zacierała się różnica między tymi, którzy walczyli o niepodległą Polskę, a zwykłymi bandytami.
Propaganda IV RP próbuje z "leśnych" zrobić niezłomnych bohaterów, przykład dla obecnej młodzieży. Ma to niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Osobiste wspomnienie Witolda Gadomskiego na Dzień Żołnierzy Wyklętych
Bardzo możliwe że takich wydarzeń było i więcej, lecz myślę że takie nieprzemyślane akcje wynikały może z faktu, że młodzi ludzie widząc to co działo się wtedy w Polsce, chciało zrobić "coś" co uspokoiłoby ich sumienia, za stanie w bezczynności w obliczu terroru i zezwierzęcenia wielu funkcjonariuszy UB.
Nie ma sensu porównywać tego typu pojedynczych zdarzeń, gdzie pewnie i ucierpieli ludzie pogodzeni z panującym, zbrodniczym systemem do przemyślanego i wykonywanego z niezwykłą sumiennością planu zniewolenia całego narodu.
Dla niewiedzących dodam że w samej Polsce stacjonowało wtedy więcej oddziałów zbrodniczego NKWD niż we wszystkich razem opanowanych przez kacapów krajach Europy...
a nasz kraj usiany jest wieloosobowymi, bezimiennymi i ukrytymi wciąż mogiłami tych co mieli choćby i małe wątpliwości co do nowej na owe czasy rzeczywistości...
Wspomnieć też należy o licznych prowokacyjnych akcjach Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, mających na celu utratę sympatii okolicznej ludności, by poszło to na konto podziemia i obarczanie ich winą za liczne napady i zwykłe rabunki. To prosty dowód na to że doskonale zdawali sobie sprawę z tego że czynią rzeczy podłe, wiedzieli że im większa podłość i okrucieństwo tym lepiej.
Takich sytuacji było wtedy bardzo dużo.
Gdy czytam takie wpisy oczerniające i poddające w wątpliwość sens walki i oporu wobec zbrodniczego systemu, nasuwa mi się na myśl że robią to osoby albo mające coś na sumieniu z tamtych czasów, lub tacy co są z takimi osobami bezpośrednio związani.
Bo czy syn, córka, wnuk czy wnuczka mogą być dumni z przodka, który był zwykłym zaprzańcem, co dla kariery i stanowisk podpisał pakt z diabłem?
No i przeważnie do obecnej chwili spijają miód za "bohaterskie" czyny przodka, tutaj też szukałbym przyczyny że wiele faktów spowitych mgłą tajemniczości, dopiero po ponad 26 latach wychodzi na światło dzienne... choć bardzo powoli.
A ja gdy czytam lub słucham wychwalania morderców to zastanawiam się gdzie w tym narodzie podział się rozum.
W którym? Polskim, czy sowieckim?
Ciemniak12 zawsze wydawało mi się, że rozumiesz, że nie wszystko jest białe i czarne. Przecież ta sama sytuacja jest w przypadku Powstania Warszawskiego. Ile to starszych ludzi, warszawiaków mówi, że Powstanie było niepotrzebne, zginął kwiat warszawskiej młodzieży. Warszawy nie było po powstaniu, a samo powstanie nie miało szans powodzenia. Nie mnie oceniać, nie żyłam w tamtych czasach, ale nie można ignorować tych wypowiedzi. Nie można też wyśmiewać inne zdanie, gdyż nie byłeś tam i ja też nie byłam. Dlatego jeśli chodzi o Żołnierzy Wyklętych, też można dyskutować. Nie umniejszam ich bohaterstwa broń Boże, Większość to na pewno prawi wspaniali ludzi, walczący o wyzwolenie. Jednak widać zdarzały się incydenty , gdzie niewiele miało to wspólnego z bohaterstwem. Siła narodu powinna być w tym, że nie zamiata się niczego pod dywan, ale przyjmuje i takie sprawy. Niszczenie dokumentów czy nabieranie wody w usta zaciera prawdę. Nic nigdy nie było idealne i nic nie będzie.
Niektórzy bardzo wybiórczo podchodzą do historii minionych lat pamiętając to co chcą pamiętać i udając, że czegoś nie było.
Ilu tak naprawdę było bohaterów tamtych lat a ilu zapisało się w historii czarnymi zgłoskami pewnie nigdy się nie dowiemy. Świadkowie wydarzeń odchodzą często nie zostawiając żadnych śladów
"Ilu tak naprawdę było bohaterów tamtych lat a ilu zapisało się w historii czarnymi zgłoskami pewnie nigdy się nie dowiemy."
Problem w tym, ze informacje są, cała masa dokumentów, zeznać na temat "dokonań" wyklętych. Ale narodowcom to i tak nie przeszkadza robić bohaterów z przestępców.
Nie można zapominać co się stało w czasie wojny i po wojnie, to były okropne czas dla wszystkich Polaków, po wojnie przez Sowietów wprowadzono obowiązkowo język rosyjski, szkolnictwo wyższe było nauczane konspiracyjnie, okropne czasy aby nigdy nie wróciły.
Niestety historia Polski różami nie jest usłana. Wpadamy ze skrajności w skrajność.
Dla jednych było to święto żołnierzy wyklętych , dla innych ,,żołnierzy" przeklętych.
Studiowałem w tych czasach, w latach 80 - tych. Były rzeczywiście okropne... Aby uzyskać dyplom trzeba było naprawdę się uczyć, zdawać egzaminy, samodzielnie (zgroza!!!) napisać pracę magisterską. Teraz, po tzw. odzyskaniu wolności młodzież ma lepiej. Można przez internet zamówić napisanie pracy licencjackiej czy magisterskiej a ambitniejsi mogą wykorzystać umiejętność "kopiuj - wklej". Na egzaminach nie cisną, bo studentów jest mało, wystarczy coś tam kojarzyć. Zaś znajomość j. rosyjskiego tak strasznie mi zaszkodziła, że mogłem bez przeszkód porozumieć się w kilku krajach naszej części Europy w których byłem. Gdy pomyślę o tych okropnych czasach, dostaję drgawek... ze śmiechu, gdy czytam podobne jak ten powyżej, wpisy.
Po wojnie nie było czegoś takiego jak Żołnierze Wyklęci, to termin uknuty przez propagandystów, którzy wrzucili bohaterów i pospolitych morderców do jednego worka i teraz zwykli dresiarze i marni politykierzy wykorzystują historię do własnych celów. To są metody czysto putinowskie zakłamywania historii i budowania pseudpatriotyzmu. PiSowcy jeszcze tego będą żałować
Widać jak na dłoni po niektórych wpisach, że poniektórym nowoczesnym cosmopolitom to wszystko jedno czy pisać i mówić mogą po polsku, rosyjsku czy niemiecku, bo dla nich to mało istotne, a właściwie to najmniej ważne.
Najważniejsze dla nich to ta ciepła woda w kranie, pełny żołądek śmieciowego przeważnie żarcia, no i żeby nikt i niczego od nich nie wymagał, bo niby... dlaczego?
Dla innych za to najważniejsze opowiadać bajki na dobranoc bo przecież ten ciemny lud i tak wszystko kupi
Tak, na bajkach i baśniach wychowało się wiele pokoleń porządnych ludzi, takich co oddali to co mieli najdroższe, by poniektórzy mogli z nich teraz pokpiwać...
I dlatego należy cenić realistów a nie opowiadaczy tak samo jak bohaterów prawdziwych a nie mitycznych pamiętając o ich rzeczywistych postępkach i występkach, o których tak chętnie opowiadacze bajek zapominają