PSY 4: KONFEDERACJA #parodia https://youtu.be/RXaDS1KGKl4
___
Można to zgrabnie i błyskotliwie spiąć klamrą kompozycyjną, biorąc pod rozwagę zarówno literacki absurd Bułhakowa, jak i polską scenę polityczną. Kontrast między literackimi salonami a brutalnym, potocznym językiem polityków daje pole do popisu.
Oto propozycja gotowego posta na forum, który prowokuje do dyskusji, łączy oba wątki i ma w sobie odpowiednią dozę ironii:
Tytuł: Od Domu Gribojedowa do „biurw” Sikorskiego, czyli jak elity radzą sobie z kulturą (i kulturą języka)
Skoro niedawno rozkminialiśmy literackie smaczki u Bułhakowa i luksusowe życie moskiewskich literatów w Domu Gribojedowa, warto spojrzeć na to, jak motyw „elit na stołówce” wygląda w rodzimym wydaniu.
W powieści Michaiła Bułhakowa członkowie stowarzyszenia MASSOLIT mieli wszystko: tanie, wyborne jedzenie, marynowane grzybki serwowane przez kota Behemota i poczucie absolutnej bezkarności, podczas gdy szary obywatel radził sobie jak mógł. Ich twórczość była fikcją, ale przywileje – jak najbardziej prawdziwe.
Tymczasem polska klasa polityczna postanowiła udowodnić, że fikcja literacka blednie przy rodzimym realizmie magicznym. Gdy politycy zasiadają do dobrego winka (zupełnie jak literaci w Gribojedowie), poziom dyskusji o państwowych instytucjach – delikatnie mówiąc – traci swój literacki sznyt. Rzucanie na taśmach u Sowy tekstami o urzędniczkach z NIK pokroju "strasznej biurwy" czy rzucanie pomysłami, żeby kogoś "przep*****lić jak trzeba", to już nie jest satyra na wzór Bułhakowa. To czysty, nieskażony refleks elity, która na chwilę zapomina, że włączały się mikrofony.
I tu pojawia się pytanie do dyskusji: czy nasi politycy to po prostu współczesny, uboższy krewny masolitowych pisarzy – tworzący fikcję, byle tylko utrzymać się przy korycie i tanich zakąskach – czy jednak przekroczyli już granice, których nawet Behemot by się wstydził?
Jak myślicie: bliżej nam do moskiewskiej satyry lat trzydziestych, czy to już zupełnie inna kategoria absurdu?
Filmik sprzed 8 miesięcy i w dodatku wygenerowany przez AI. Mam coś lepszego, kochani.
Nazwa Dom Gribojedowa (w powieści Michaiła Bułhakowa Mistrz i Małgorzata) odnosi się do fikcyjnej siedziby radzieckiego Związku Literatów (MASSOLIT), która w rzeczywistości była satyrą na autentyczny moskiewski Dom Hercena.
* Pisownia po rosyjsku: Дом Грибоедова
* Dosłowne tłumaczenie na język polski: Dom Gribojedowa (lub Dom Gribiedowa)
Kwestia nazwy i grzybów:
Nazwisko patrona – Gribojedow (Грибоедов) – rzeczywiście wywodzi się etymologicznie od rosyjskiego słowa grib (гриб), czyli grzyb, oraz czasownika jedat' (есть) – jeść. Dosłownie oznacza ono „zjadacza grzybów” (lub kogoś, kto je grzyby). Nazwisko to ma polskie korzenie (rodzina wywodziła się od polskiego szlachcica Grzybowskiego).
W samej powieści motyw grzybów pojawia się w opisie luksusowego menu ekskluzywnej restauracji literackiej w Domu Gribojedowa (np. puree grzybowe w kokilkach czy marynowane grzybki trzymane przez gigantycznego kota Behemota). Te kulinarne szczegóły służą Bułhakowowi do realistycznego odmalowania przywilejów materialnych, jakimi żyli zrzeszeni, oficjalni pisarze, podczas gdy szarzy obywatele borykali się z brakami w dostępie do żywności. Grzyby pełnią tu funkcję dosadnego detalu obyczajowego i satyrycznego, spinającego się klamrą z nazwiskiem patrona budynku, nie kryją jednak w sobie żadnej głębszej, ezoterycznej symboliki.
https://www.ebsco.com/research-starters/literature-and-writing/master-and-margarita-analysis-setting
https://www.masterandmargarita.eu/en/04mappen/gribojedov.html
Pradziadkiem i protoplastą rosyjskiego pisarza Aleksandra Gribojedowa był polski szlachcic Jan Grzybowski. Na początku XVII wieku (dokładniej w okresie wielkiej smuty) opuścił on Rzeczpospolitą i przeniósł się na stałe do Rosji.
Z czasem jego nazwisko uległo naturalnej rusyfikacji i przekształciło się fonetycznie z Grzybowski na Gribojedow (gdzie rosyjskie słowo grib oznacza grzyb, a końcówka nawiązuje do jedzenia). Potomkowie dawnego polskiego szlachcica z czasem całkowicie wrośli w rosyjską arystokrację, a sam autor 'Mądremu biada' nosił to nazwisko z dumą, choć w jego rodowodzie wyraźnie tkwił polski ślad.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Grzybowski_(herb_szlachecki)
https://thephilosopher.net/griboyedov/
https://opowiedziane.ipn.gov.pl/ahm/swiadkowie/49398,Grzybowski-Witold.html
Dom Gribojedowa w powieści Michaiła Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata” to siedziba Massolitu – fikcyjnego stowarzyszenia moskiewskich literatów.
Skąd wzięła się ta nazwa?
Zgodnie z opowieścią narratora w powieści, budynek nazywano tak dlatego, że jego właścicielką była niegdyś rzekomo ciotka znanego rosyjskiego pisarza i dyplomaty, Aleksandra Gribojedowa (autor dramatu „Mądremu biada”). Sam narrator od razu jednak dodaje z przymrużeniem oka, że to prawdopodobnie tylko legenda wymyślona przez zmyślnych plotkarzy, ponieważ Gribojedow żadnej bogatej ciotki w Moskwie w rzeczywistości nie miał.
A czy w Gribojedowie były grzyby?
Tak, grzyby pojawiają się w opisie słynnej restauracji znajdującej się w Domu Gribojedowa (która słynęła z wyśmienitej i taniej kuchni). W menu oraz na talerzach gości tej restauracji można było znaleźć m.in. marynowane grzybki, które jako zakąskę zajadano w tamtejszym lokalu (a nawet serwował je na widelcu czarny kot Behemot).
http://biblioteka.kijowski.pl/bulhakov%20michail/mistrz.pdf
https://ostatnidzwonek.pl/mistrz-i-malgorzata/a-910-7.html
W zasadzie tak – grzyby (a konkretnie marynowane grzybki) pojawiają się w tekście powieści głównie w tym jednym, konkretnym kontekście: jako element kultowego menu restauracji Massolitu w Domu Gribojedowa, gdzie pisarze i literaci stołowali się za bezcen, popijając wódkę i zakąszając m.in. grzybkami.
W samej fabule i szerokiej symbolice utworu grzyby nie odgrywają żadnej głębszej roli (nie mają znaczenia filozoficznego, religijnego czy metaforycznego tak jak np. lot Małgorzaty, bal u Satana czy wątek Piłata). Są po prostu jednym z wielu realistycznych, satyrycznych detali, za pomocą których Bułhakow bawi się konwencją i obnaża przywileje, hipokryzję oraz przyziemne żądze moskiewskiej śmietanki literackiej lat 30. XX wieku (która zamiast tworzyć wiekopomne dzieła, skupiała się na tym, jak tanio i dobrze zjeść w ekskluzywnym klubie).
Podsumowując: pod względem liczby wystąpień to tylko literacki smaczek i element pejzażu moskiewskiej Gastronomii, choć zapadający w pamięć – zwłaszcza w scenach, gdy towarzysze Wolanda (np. kot Behemot) panoszą się w tej restauracji. https://zpe.gov.pl/a/przeczytaj/DmEkundUY
Sprawdziłem kontekst tej wypowiedzi. Anna Krupka 23 lipca 2026 r. rzeczywiście użyła wobec partyjnych oponentów słów „Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”, odnosząc je do konfliktu wokół Mateusza Morawieckiego i stowarzyszenia Rozwój Plus. [1][2]
Poniżej masz wersję ostrą, ironiczną, ale opartą na faktycznym kontekście — w stylu „eksperta od wszystkiego, a zwłaszcza od politycznego pojednania, dyplomacji i prowadzenia kur”:
Ekspert od wszystkiego
Anna Krupka, komentując wewnętrzny konflikt w PiS, sięgnęła po słynne słowa: „Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”. Trudno nie zapytać: czy naprawdę tak brzmi język, którym wielka intelektualistka chce budować autorytet, jedność i powagę własnego ugrupowania? Czy to jest już program wyborczy PiS — „kurki na spacer, ziarno podziobać, a potem się wyszczać” — czy może nowa doktryna polityczna: im mocniej kijem w mrowisko, tym większa jedność?
Pytanie zasadnicze brzmi: czy tymi słowami pani Krupka chce przywrócić jedność w PiS, czy raczej udowodnić, że partyjne szeregi można jeszcze bardziej podzielić? Bo jeśli ktoś naprawdę chce pojednania, to chyba powinien powiedzieć: „Różnimy się, spieramy się, ale jesteśmy kolegami. Usiądźmy przy jednym stole, odłóżmy ambicje i urazy, bo wspólny cel jest ważniejszy od naszych osobistych konfliktów”. Tak brzmi wezwanie do zgody. „Wam kury szczać prowadzać” brzmi natomiast jak wezwanie do kolejnej rundy politycznej wojny.
Ale spokojnie — jako ekspert od wszystkiego, a szczególnie od strategicznego prowadzenia kur, zarządzania mrowiskami i odbudowy jedności poprzez kij, pozwolę sobie zauważyć: z taką retoryką trudno zbudować wspólnotę. Można co najwyżej bardzo skutecznie sprawdzić, ile jeszcze osób zostało w kurniku.
Jeśli chcesz, mogę też zrobić jeszcze bardziej kąśliwą, satyryczną wersję „na Facebooka”, z mocniejszą puentą i większą ilością ironii.
Źródła:
https://naostro.info/anna-krupka-wam-kury-szczac-prowadzac-a-nie-polityke-robic/
Odezwa do forumowych hejterów i hejterek: Juliusz Słowacki pisał w „Beniowskim” (1841): „Chodzi mi o to, aby język giętki / Powiedział wszystko, co pomyśli głowa” — a dziś można śmiało sparafrazować: „Chodzi mi o to, aby ChatGPT napisał wszystko, co pomyśli głowa” ;-)
Tak, ale zrobiłbym tu jedno zastrzeżenie: nie udało mi się wiarygodnie potwierdzić dokładnie tej rozmowy z Moniką Olejnik ani cytatu o ZUS-ie i KRUS-ie w takim brzmieniu, więc nie wkładałbym Palikotowi tych słów w usta jako dosłownego cytatu. Da się natomiast zrobić bardzo dobry polityczny twist, opierając się na potwierdzonych elementach: Palikot używał określenia „prostytucja polityczna”, a jego późniejsze propozycje obejmowały likwidację ZUS i KRUS.
Biurwa, prostytucja polityczna i rachunek za ZUS✓
I tu dochodzimy do pewnego zabawnego paradoksu polskiej polityki. „Biurwa” nie jest żadnym wynalazkiem Radosława Sikorskiego — Wielki słownik języka polskiego PAN ma jej poświadczenie już z 1966 roku. Tymczasem człowiek, który w polskiej polityce zasłynął między innymi z określenia „prostytucja polityczna”, czyli Janusz Palikot, po wyjściu z aresztu może dziś patrzeć na całe to zamieszanie z wyjątkowo ironicznym uśmiechem.
Bo Palikot już wiele lat temu uczynił z dosadnego języka politycznego niemal osobną dziedzinę komunikacji. „Prostytucja polityczna” weszła do politycznego słownika właśnie w kontekście jego konfliktu z Platformą, a później jego polityczny projekt szedł jeszcze dalej: postulował między innymi likwidację ZUS i KRUS i zastąpienie obecnego systemu emerytur rozwiązaniem w rodzaju emerytury obywatelskiej.
I teraz można złośliwie zapytać: skoro polityka ma być zawodem jak każdy inny, to czy politycy mają również swój odpowiednik ZUS-u i KRUS-u? Czy odprowadzają składki od „prostytucji politycznej”, „biurwokracji politycznej” i całej tej działalności usługowej świadczonej społeczeństwu? A może jest dokładnie odwrotnie: zwykły obywatel płaci składki, podatki i daniny, natomiast polityk otrzymuje jeszcze dodatkowo dietę, ochronę medialną i możliwość wystąpienia w telewizji, żeby poinformować obywatela, dlaczego powinien płacić jeszcze więcej?
I tutaj określenie „biurwa” robi się szczególnie interesujące. Skoro słowo istniało już w 1966 roku, to nie trzeba dopisywać do niego żadnego współczesnego ojca chrzestnego. Język polityki jest starszy od większości obecnych polityków i — co gorsza — najwyraźniej ma od nich znacznie dłuższą pamięć.
A zatem forumowym insynuatorom proponuję pewien eksperyment myślowy: nie pytajmy, kto wymyślił „biurwę”, tylko kto najlepiej pokazuje, że biurokracja, polityka i polityczne „świadczenie usług” potrafią się w Polsce połączyć w jeden bardzo osobliwy system gospodarczy.
Bo może największym polskim paradoksem jest właśnie to, że słowo „biurwa” ma metrykę z 1966 roku, „prostytucja polityczna” zrobiła karierę kilkadziesiąt lat później, a obywatel do dziś pozostaje tym, który wystawia rachunek, płaci składkę i na końcu jeszcze słucha, że wszystko zostało zrobione dla jego dobra.
A jeśli ktoś nadal chce dowodzić, że „biurwa” została wymyślona przez Sikorskiego, proponuję najpierw sprawdzić daty. W 1966 roku przyszły minister miał trzy lata. Nawet jak na polską politykę byłby to wyjątkowo wczesny debiut językoznawczy.
Źródła:
Wielki słownik języka polskiego PAN — „biurwa”
https://wsjp.pl/haslo/podglad/51783/biurwa
TOK FM — rozmowa o Januszu Palikocie i jego programie
https://audycje.tokfm.pl/podcast/24923,Przyjaciel-i-wrog-o-Januszu-Palikocie
Materiały Sejmu — wystąpienie Janusza Palikota dotyczące ZUS i KRUS
https://www.scribd.com/document/91467188/Untitled
[Forum Archiwum Gry-Online] https://forumarchiwum.gry-online.pl/S043archiwum.asp?ID=3807907
https://zanotowane.pl/218/2807/
P.S. ChatGPT powiedział: — Wam biurwy szczać prowadzać, a nie politykę robić.
Sataniczny bal w powieści Michaiła Bułhakowa 'Mistrz i Małgorzata' (znany jako Wielki Bal u Szatana lub bal stu królów) to jedna z najbardziej spektakularnych i symbolicznych scen w literaturze światowej. W gospodarstwie Wolanda (czyli szatana) gromadzą się na jedną noc najgorsze indywidua z dziejów ludzkości – mordercy, zdrajcy, truciciele, katowie i szuje z różnych epok, którzy skompromitowali się w historii.
Głównym celem tego wydarzenia jest pokazanie skali ludzkiego zła i moralnej zgnilizny. Małgorzata, która zgodziła się pełnić rolę gospodyni balu z miłości do Mistrza (dla ocalenia jego i jego rękopisu), musi znieść potworny ból i koszmar obcowania z tymi widmami, zachowując przy tym królewski spokój i życzliwość dla każdego z grzeszników. Scena ta obnaża absurdalność i powierzchowność ludzkich grzechów w obliczu wieczności, a zarazem pokazuje triumf ludzkiego ducha i poświęcenia Małgorzaty.
## Znaczenie i przesłanie
* Wymiar moralny i sprawiedliwość: Bal symbolizuje ostateczne rozliczenie z ludzkim złem. Choć Woland i jego świta (Behemoth, Korowiow, Azazello) robią wrażenie sił czystego chaosu, w uniwersum powieści stają się paradoksalnie narzędziami wyższej sprawiedliwości, która obnaża hipokryzję i podłość.
* Cena miłości i wierności: Postawa Małgorzaty udowadnia, że prawdziwe uczucie i gotowość do poświęceń potrafią przetrwać największą próbę. Jej cierpienie na balu jest rodzajem czyśćca, który toruje drogę do ostatecznego odkupienia – nagrodą staje się wieczny spokój dla niej i dla Mistrza.
* Złożoność natury ludzkiej: Powieść przypomina, że dobro i zło są ze sobą ściśle splecione, a siły ciemności często obnażają prawdę o świecie skuteczniej niż zepsute instytucje społeczne czy skorumpowani urzędnicy moskwańscy tamtych czasów.
Czy chciałbyś zgłębić konkretny motyw z tej sceny, na przykład rolę samej Małgorzaty lub znaczenie towarzyszących Wolandowi postaci?
----------
Oto propozycja posta na forum, łączącego bułhakowską klasykę z polską rzeczywistością polityczno-medialną.
### Kontekst do wyboru:
* Twist 1 (Urodziny Roberta Mazurka): Słynne huczne urodziny znanego dziennikarza (który w swojej publicystyce i wywiadach bywał bardzo krytyczny wobec rządzących, a prywatnie zapraszał na swoje imprezy polityków niemal wszystkich opcji), skonfrontowane z piekielnym klimatem Balu u Satana. Goście z różnych światów, którzy na co dzień skaczą sobie do gardeł w telewizji, tańczą w jednym rytmie pod batutą Wolanda-jubilata.
* Twist 2 (Kampus Polska Przyszłości): Wydarzenie odbywające się cyklicznie pod koniec sierpnia (np. edycja w Olsztynie, nad jeziorem Kortowskim), gdzie młodzi debatują o przyszłości, sztucznej inteligencji, polityce i klimacie, a minister edukacji Barbara Nowacka (w przeszłości m.in. Unia Pracy, Twój Ruch, obecnie szefowa partii Inicjatywa Polska działającej w ramach Koalicji Obywatelskiej) pogubiła się w gramaturalnych formach własnej funkcji, zastanawiając się, czy jest gościnią, gospodynią, czy może gospodarką spotkania.
---
### Tekst posta na forum:
Tytuł: Piekielne Salonowe Zagadki: Bal u Szatana w polskiej wersji – Mazurek czy Kampus Polska? Który twist lepszy?
Cześć sąsiedzi i forumowicze!
Rozpisywaliśmy się ostatnio o literackich głębiach Bułhakowa i jego *Mistrzu i Małgorzacie*, gdzie Wielki Bal u Satana gromadzi absolutną śmietankę wszelkiej maści szumowin, grzeszników i moralnych bankrutów z całego świata. A gdyby tak przenieść ten motyw na nasz rodzimy, polski grunt polityczno-medialny?
Mam dla Was dwa alternatywne, humorystyczne twisty. Przeczytajcie i napiszcie, który z nich lepiej oddaje ducha absurdu i – co najważniejsze – nad czym właściwie powinniśmy się w tej dyskusji głęboko zastanowić!
* Opcja A (Twist urodzinowy): Wyobraźcie sobie Wolanda w roli solenizanta, a jego pałac jako słynne, legendarne urodziny Roberta Mazurka. Zamiast królów i trucicieli z minionych epok, na parkiecie kręcą się politycy wszystkich opcji, którzy w Sejmie drą na siebie szaty, a u boku jubilata ściskają się serdecznie przy lampce wina. Behemoth polewa drinki, Korowiow opowiada żarty, a całość wygląda jak zakulisowy zjazd mistrzów ceremoniału politycznego przetrwania.
* Opcja B (Twist kampusowy): Z kolei w wersji z tegorocznego Campusu Polska Przyszłości (który tradycyjnie pod koniec sierpnia ściągnął młodych i polityków nad olsztyński Kortowo) wrota piekieł zastąpiono Namiotem Idei. Scena rodem z Bułhakowa dzieje się wtedy, gdy Minister Edukacji, Barbara Nowacka (weteranka lewicowych ugrupowań od Unii Pracy, przez Twój Ruch, po obecną Inicjatywę Polska w koalicji rządowej), staje na scenie i próbuje zdefiniować swoją tożsamość gramaturalno-funkcyjną, miotając się między *gościnią*, *gospodynią* a niefortunną *gospodarką*. Azazello z nudów zacząłby zjadać notes, a Małgorzata uciekłaby z miotłą z powrotem na moskiewskie dachy.
---
### Pytanie do Was (i temat do dyskusji):
Który twist – urodzinowy u Mazurka czy językowa ekwilibrystyka na Campusie – podoba Wam się bardziej i dlaczego?
I właściwie... nad czym tu dyskutować?
No właśnie – czy nasza rodzima polityka stała się już całkowicie surrealistycznym kabaretem, w którym zatarto granicę między ideową walką a towarzyskim układzikiem (opcja A), czy może pogrążyliśmy się w tak absurdalnej poprawności i nowomowie, że politycy gubią się we własnych słupkach poparcia i zaimkach (opcja B)?
Dajcie znać, co o tym sądzicie, bo śmiech to zdrowie, ale płakać też czasem wypada!
----------
Barbara Nowacka była związana z formacjami lewicowymi i lewicowo-centrowymi – m.in. w 2015 roku stała na czele komitetu wyborczego Zjednoczona Lewica, a wcześniej działała w Unii Pracy i Twoim Ruchu. Obecnie kierowana przez nią Inicjatywa Polska współtworzy Koalicję Obywatelską.
Tak, Campus Polska Przyszłości odbywa się regularnie w Olsztynie (na terenie miasteczka akademickiego Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego nad jeziorem Kortowskim).
----------
W powieści pojawiają się Patriarsze Prudy (Stawy Patriarsze), które choć w nazwie mają człon „prudy” (czyli stawy), w polskim tłumaczeniu bywają czasem kojarzone z akwenem wodnym, nad którym rozpoczyna się cała historia.
Oto o co z nimi chodzi:
* Miejsce akcji i symboliczny początek: To nad Stawami Patriarszymi w Moskwie rozpoczyna się powieść. Spotykają się tam dwaj literaci: Michał Aleksandrowicz Berlioz (szef potężnego stowarzyszenia literackiego MASSOLIT) oraz poeta Iwan Bezdomny. Dyskutują o religii i istnieniu Jezusa, udowadniając, że go nie było.
* Pojawienie się Wolanda: W tym samym miejscu, tuż obok stawu, dosłownie znikąd pojawia się profesor Woland (czyli szatan). Wprowadza on zamieszanie w ich światopogląd, przepowiadając Berliozowi, że jeszcze tego samego wieczoru „komuś odetnie głowę” – co wkrótce się spełnia (Berlioz wpada pod tramwaj tuż obok stawu).
* Znaczenie: Stawy Patriarsze są symbolem moskiewskiego racjonalzmu, ateizmu i biurokracji literackiej tamtych czasów. Spotkanie z diabłem w tak miejskim, pozornie zwyczajnym miejscu pokazuje, jak łatwo ludzki porządek i pycha mogą ulec zderzeniu z siłami wyższymi lub po prostu z bezwzględnym absurdem losu.
Warto dodać, że w samej Moskwie Patriarsze Prudy istnieją naprawdę i do dziś są kultowym miejscem dla fanów twórczości Bułhakowa.