Ostrowiec Świętokrzyski - Widok na fragment miasta

Ostrowiec Świętokrzyski www.ostrowiecnr1.pl

Szukaj
Właściciel portalu


- Reklama -

Logowanie

- Reklama -
- Reklama -
- Reklama -
Zaloguj się, aby zbaczyć, kto jest teraz on-line.
Aktualna sonda
Czy jesteś za przeprowadzeniem w Ostrowcu Świętokrzyskim referendum odwołującego prezydenta miasta
Aby skorzystać
z mailingu, wpisz...
Korzystając z Portalu zgadzasz się na postanowienia Regulaminu.

Marcowe migdały.

Ilość postów: 6 | Odsłon: 1295 | Najnowszy post
  • Marcowe migdały.

    Początek marca 1968 r. Mieszkańcy małego Lublimia czekają na dworcu, by powitać pociąg przyjaźni z Czechosłowacji. Wśród nich są uczniowie XIc i nauczyciele. Tymczasem pociąg nie zatrzymuje się.

    Tomek - szkolny literat i fotograf - otrzymuje od dyrektorki polecenie opisania w gazetce ściennej serdecznego przyjęcia czeskich przyjaciół i przebiegu ich wizyty.

    Chłopiec odmawia.

    Przyjaciel Tomka, Marcyś, urządza prywatkę dla całej klasy. Później chłopcy czytają w gazecie artykuł niejakiego Wilka, który opisał orgie bananowej młodzieży, odbywające się w domu Marcysia, demoralizującego polską młodzież. Wolna Europa podaje, iż w Warszawie ORMO bije studentów za "Dziady".

    A rano cała szkoła maszeruje na rynek, by wziąć udział w "spontanicznym" proteście klasy robotniczej przeciw wichrzycielom oraz zademonstrować wierność wobec partii i tow. Wiesława.

    Tomek wiesza w szkolnej gablocie zdjęcia Oli. Jej twarzy nie widać, natomiast na pierwszym planie widnieje jej goła pupa, ze śladami pobicia. Ola została pobita przez ojca, funkcjonariusza UB. W szkole z powodu tych zdjęć wybucha skandal, Tomek zostaje zawieszony w prawach ucznia. Ratuje go Marcyś, który bierze całą winę na siebie. Wkrótce i tak będzie musiał wyjechać z Polski.

    Gość
    Zgłoś
    Odpowiedz
    • Odp.: Marcowe migdały.

      Gość
      Zgłoś
      Odpowiedz
      • Odp.: Marcowe migdały.

        Gdzie się podziały tamte bulwary, pardon – migdały.

        bum bum bum bum... bum bum... bum bum... bum uua uua..

        bum bum bum bum... bum bum... bum bum.. uuuuuuua.

        Gdzie się podziały tamte migdały niezapomniane

        Elvis, Sedaca, Speedy Gonzales albo Diana

        Pod paltem bulwary a w ręku migdały, wieczór, Bambino i Ty

        Same przeboje Czerwonych Gitar tak bardzo chciało się żyć

        Refren:

        Gdzie się podziały tamte prywatki

        Gdzie te dziewczyny, gdzie tamten świat

        Gdzie się podziały tamte wspomnienia

        Tamtych szalonych wspaniałych lat (...)

        Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/wojciech-gassowski/gdzie-sie-podzialy-tamte-prywatki

        Gość
        Zgłoś
        Odpowiedz
    • Post nadrzędny dla poniższego tego posta o numerze 4

      Odp.: Marcowe migdały.

      O dwóch takich, co dostali popierdolca i wyjechali do Budapesztu na studia, mówiąc, że Budapeszt to chuj - "może czasem trochę mniejszy, ale potem jeszcze większy..."

      Dawno, dawno temu, w krainie, gdzie miasto było równie głośne jak krew w żyłach młodych ludzi, a czas leciał szybciej niż pociąg Intercity, żyli dwóch młodzieniaszków — Zbychu i Krzysiek. Byli to chłopakami pełnymi marzeń, śmiesznych pomysłów i pasji do rzeczy, które większość uznawała za mało sensowne, ale oni nie przejmowali się tym wcale. Ich filozofia była prosta: „Jeśli coś nie ma sensu, to znaczy, że może się udać, bo wszystko, co ma sens, jest nudne."

      Zbychu miał już dość swojego rodzinnego miasteczka, gdzie w piątkowe wieczory większość młodzieży gromadziła się na dworze, paląc papierosy i oglądając stare filmy, które i tak widzieli już po tysiąckroć. Krzysiek natomiast, chociaż z pozoru spokojniejszy, marzył o wielkim świecie, gdzie „wszystko jest możliwe” i „nie ma granic”. Po wielu godzinach dyskusji o życiu, kosmosie, a także o tym, jak mało sensu ma chodzenie do szkoły, postanowili… wyjechać na studia.

      Ale nie byle gdzie! Nie do Krakowa, gdzie znać było już całą historię, ani do Wrocławia, który zawsze pachniał zbyt turystycznie. Nie! Oni wybrali Budapeszt. Bo „Budapeszt to chuj!” – jak mówili. „No może czasem trochę mniejszy, ale potem jeszcze większy!” Ich głowy były pełne obrazów z podróży, które kiedyś widzieli w Internecie – stary, węgierski most, błyszczący Dunaj, piwo, które niby smakuje lepiej niż w innych częściach świata. W ich oczach, Budapeszt miał być wielki jak marzenia, a zarazem trochę absurdalny. A oni, jak to oni, nie bali się absurdów.

      Pierwsze dni w stolicy Węgier były pełne zachwytów, ale także zderzeń z rzeczywistością. Budapeszt okazał się być trochę bardziej chaotyczny, niż wyobrażali sobie Zbychu i Krzysiek. Ulice były zatłoczone, a tramwaje jeździły tak szybko, że trudno było je złapać, a już na pewno nie w tych godzinach, kiedy oni myśleli, że zjedzą śniadanie i mają czas na cokolwiek innego. A jednak… coś ich trzymało.

      I tu zaczęła się prawdziwa przygoda. Bo choć na początku czuli się jak ryby wyciągnięte z wody, z każdym dniem Budapeszt dawał im lekcję. Zbychu, na przykład, poczuł się przytłoczony zgiełkiem miasta, ale po kilku tygodniach zrozumiał, że jego wcześniejsze życie było zbyt spokojne, a zgiełk miasta to tylko część tego, co można wykorzystać do bycia lepszym, do bycia bardziej… sobą. Krzysiek, z kolei, próbował znaleźć sens w nauce, której początkowo nie rozumiał. "Po co mi te wszystkie książki, jak wszystko, co chcę robić, to jeździć po świecie?" – myślał. Jednak w Budapeszcie nauczył się, że to, co robi, ma sens tylko wtedy, gdy przyjmuje całą trudność i chaos, który się z tym wiąże.

      I tak oto Zbychu i Krzysiek zyskali to, czego szukali. Oczywiście, Budapeszt wciąż pozostawał „chujem” — bo to miasto nie ułatwiało im życia. Ale zrozumieli, że „chujowatość” jest właśnie tym, co czyni wszystko większym. Tak jak mówił Zbychu w jednej z ważniejszych chwil w ich życiu: „Budapeszt jest trochę jak życie — czasem mniejszy, czasem większy, ale wciąż chuj. I to jest piękne.”

      Morał pierwszy:

      Czasem to, co najtrudniejsze, ma w sobie najwięcej wartości. Przez wyzwania stajemy się silniejsi, nawet jeśli na początku wydają się one całkowicie absurdalne.

      Morał drugi:

      Nie bądźmy gotowi na łatwe rozwiązania. Wyzwania są tym, co naprawdę rozwija. Tylko w chaotycznym środowisku, takim jak Budapeszt, Zbychu i Krzysiek nauczyli się, jak żyć pełnią życia.

      Morał trzeci:

      Nie zawsze to, co odrzucamy, jest naprawdę bezużyteczne. Nawet jeśli coś wydaje się „chujem” lub mało atrakcyjne, może okazać się kluczem do odkrycia własnych pasji i sensu życia.

      I tak Zbychu i Krzysiek zostali w Budapeszcie. Nauczyli się, że życie jest jak to miasto — niełatwe, ale pełne możliwości. A choć nie zawsze było kolorowo, to w końcu mogli powiedzieć: „Budapeszt to chuj, ale... może czasem trochę mniejszy, ale potem jeszcze większy.”

      I tak kończy się opowieść o dwóch młodych ludziach, którzy dostali popierdolca, pojechali do Budapesztu i wrócili mądrzejsi o niejedną lekcję.

      Gość
      Zgłoś
      Odpowiedz
    • Post nadrzędny dla poniższego tego posta o numerze 5

      Odp.: Marcowe migdały.

      O dwóch takich, co dostali popierdolca i wyjechali do Budapesztu na studia, mówiąc, że Budapeszt to chuj - "może czasem trochę mniejszy, ale potem jeszcze większy..." - część druga

      Po kilku miesiącach życia w Budapeszcie Zbychu i Krzysiek wcale nie czuli się już jak dwaj zdezorientowani przybysze. Wręcz przeciwnie, zaczęli się czuć tu jak ryby w wodzie – tylko, że ta woda była pełna nieoczekiwanych prądów, a czasem też dziwnych, brudnych wodorostów. Ale im to odpowiadało. Każdy dzień przynosił nowe wyzwania i nieprzewidywalne zwroty akcji, które – mimo początkowego chaosu – zaczęli traktować jak część miejskiego rytmu.

      Zbychu odnalazł swoje miejsce na wydziale kultury i socjologii. Choć początkowo nie rozumiał, co w tej nauce jest fascynującego, z czasem zrozumiał, że „kultura” to nie tylko „jak wygląda wstęp do filmów artystycznych”, ale także to, jak ludzie w ogóle żyją, jak tworzą swoje historie. Zbychu zaimponował wszystkim na zajęciach swoją nieskrępowaną filozofią „nic nie ma sensu, a więc wszystko może mieć sens, tylko trzeba się do tego zabrać na serio”. Mimo że wykładowcy czasami kręcili głowami, on był niezachwiany w swojej wierze, że chaos to źródło wszystkiego, a z niego rodzi się… sens.

      Krzysiek natomiast, chociaż początkowo nie wierzył w teorię Zbycha, zaczął dostrzegać, że może mieć rację. Znalazł zajęcie w międzynarodowej organizacji studenckiej, gdzie poznał ludzi z różnych zakątków świata, a jego perspektywa na życie zaczęła się rozszerzać. Okazało się, że „chujowatość” Budapesztu jest w pewnym sensie uniwersalną cechą miast, które przyciągają ludzi z różnych kultur. Krzysiek zakochał się w tej różnorodności – w tym, że Budapeszt nie ocenia, nie czeka na to, byś się dostosował. Daje ci wolność, byś sam odkrył, co ma dla ciebie znaczenie.

      I tak, krok po kroku, Zbychu i Krzysiek zaczęli tworzyć swoje życie w tej miejskiej dżungli. Jednak… z każdą kolejną chwilą ich podróży odkrywali, że Budapeszt ma też swoje mroczne strony. Nocą, kiedy miasto się uspokajało, zaczynali dostrzegać, jak łatwo można się zgubić wśród nieprzewidywalnych zjawisk, które miały swoją własną logikę – logicznie absurdalną.

      To właśnie wtedy Zbychu znalazł stare książki o filozofii egzystencjalnej w jednym z antykwariatów na Starym Mieście. Siedząc przy lampce w swojej kawalerce, przeczytał jedno zdanie, które odbiło się echem w jego głowie: "Człowiek nie jest twórcą swojego przeznaczenia, lecz jego odkrywcą."

      — To jest to! — krzyknął Zbychu, aż Krzysiek wpadł w panikę, bo pomyślał, że Zbychu odkrył jakiś konspiracyjny plan budapesztańskich polityków. Ale Zbychu tylko pokazał mu książkę i powiedział: — Widzisz, Krzysiek, to jest nasze! My nie musimy planować, nie musimy mieć wciąż jasnej ścieżki! Wystarczy, że będziemy odkrywać to, co nas spotka. Budapeszt to chuj, ale może być naszą ziemią do odkrywania.

      Krzysiek spojrzał na niego, zamyślił się na chwilę, po czym odpowiedział:

      — Wiesz, Zbychu, masz rację. Może to nie miasto nas zmienia. Może to my musimy zmienić sposób patrzenia na miasto. I wtedy wszystko nabiera sensu.

      I tak, w tym małym, nieco zakurzonym pokoju z widokiem na Dunaj, Zbychu i Krzysiek postanowili, że nie będą szukać sensu w tym, co już znane. Postanowili stworzyć własną definicję sukcesu, nie przez karierę czy uznanie, ale przez bycie wiernym sobie i nieustanne poszukiwanie tego, co w Budapeszcie było najbardziej absurdalne – a może właśnie najbardziej prawdziwe.

      Morał pierwszy:

      Nie szukaj sensu w miejscach, które próbują ci go narzucić. Czasami sens znajduje się tam, gdzie go najmniej oczekujesz – w chaosie, w tym, co na pozór jest absurdalne.

      Morał drugi:

      Prawdziwa wolność to nie brak odpowiedzialności, ale zdolność do odkrywania nowych ścieżek. Czasami trzeba się zagubić, by odnaleźć to, co naprawdę ma znaczenie.

      Morał trzeci:

      Nie musisz kontrolować wszystkiego w swoim życiu. Czasami to, co nieplanowane, może dać ci więcej niż to, co wyliczone do perfekcji.

      Po kilku latach Zbychu i Krzysiek, choć już nie tak często odwiedzali te same knajpy czy dziwne uliczki, które kiedyś podziwiali, stali się częścią tego miasta. I choć często śmiali się, że Budapeszt to wciąż „chuj”, to wiedzieli, że tylko tu, w tym szalonym miejscu, stali się tymi, kim zawsze chcieli być. Bo życie, jak Budapeszt, jest trochę mniejsze, a potem jeszcze większe.

      I tak zakończyła się ich historia. Nie o tym, jak zdobyli świat, ale jak nauczyli się odnaleźć w tym, co z pozoru chaotyczne i trudne.

      Gość
      Zgłoś
      Odpowiedz
    • Post nadrzędny dla poniższego tego posta o numerze 6

      Odp.: Marcowe migdały.

      O dwóch takich, co dostali popierdolca i wyjechali do Budapesztu na studia, mówiąc, że Budapeszt to chuj - "może czasem trochę mniejszy, ale potem jeszcze większy..." - część trzecia

      Minęły kolejne lata, a Zbychu i Krzysiek wciąż byli w Budapeszcie, choć nikt już nie nazywał ich "dwoma takimi, co dostali popierdolca". W tej miejskiej dżungli, w której przed laty czuli się jak dwa zgubione koty w ściekach, stali się teraz częścią codziennego rytmu. Zbychu, który kiedyś wątpił w jakąkolwiek formę studiów, teraz miał dość poważne stanowisko jako wykładowca na wydziale. Z kolei Krzysiek, którego pasją była organizacja studencka, awansował na kierownika międzynarodowej grupy, zarządzając projektami, które łączyły studentów z całego świata.

      Ale mimo tego, że ich życie zawodowe zaczęło się układać, nie zapomnieli o swojej filozofii z pierwszych dni – że Budapeszt to chuj. I wiedzieli, że to stwierdzenie nie straciło swojej mocy. Bo Budapeszt – choć stał się dla nich domem – wciąż był miastem, które nie zliczało godzin snu ani nie dawało nikomu odpoczynku. Tak jak życie, które nie dawało im chwili wytchnienia, mimo że mieli już stabilną pozycję. To miasto wciąż wymagało, by przyjąć wszystko z otwartymi ramionami, ale nigdy nie dawało łatwych odpowiedzi.

      Tego dnia, kiedy historia wchodzi w swoją trzecią część, Zbychu i Krzysiek siedzieli razem w swojej ulubionej knajpie nad Dunajem, tej samej, w której kiedyś mieli wątpliwości co do przyszłości, a teraz zastanawiali się, czy to w ogóle miało sens. Dookoła było gwarno, ludzie śmiali się, pili piwo, a miasto migotało tysiącem świateł. Był wieczór, kiedy dzień powoli przeradzał się w noc.

      — Krzysiek — zaczął Zbychu, jakby nagle przytomniejąc po chwili ciszy — kiedyś mówiliśmy, że Budapeszt to chuj. A teraz… może jednak coś w tym jest. Bo chociaż wszystko tu się zmienia, miasto wciąż ma swój pierwiastek stałości. Wiesz, co mam na myśli?

      Krzysiek spojrzał na niego z lekkim uśmiechem.

      — Tak, wiem. Kiedyś próbowaliśmy go zrozumieć, oswoić. Dzisiaj… przyjmujemy go takim, jaki jest. Nie ma sensu, żebyśmy go kontrolowali. Jest po prostu częścią nas.

      Zbychu kiwnął głową. Zgodził się, ale jednocześnie czuł, że coś jeszcze nie zostało do końca rozwiązane. Bo czy nie jest tak, że żyjąc w Budapeszcie, nie muszą tylko „być”, ale i coś „dawać” temu miastu, które kiedyś wydało im się tak obce? Czegoś im brakowało, może nie wiedzieli jeszcze, jak to ująć w słowa, ale czuli to obaj.

      — Wiesz, Krzysiek, mam wrażenie, że wciąż szukamy czegoś, czego nie możemy znaleźć. Może… może nie chodzi o to, żeby znaleźć odpowiedzi. Może chodzi o to, żeby odnaleźć inne pytania. Takie, które uczynią nasze życie bardziej… pełne?

      Krzysiek zamyślił się na moment. Zbychu nigdy nie był szczególnie skomplikowanym gościem, ale teraz mówił coś, co brzmiało bardzo głęboko. Jakby ich życie w Budapeszcie wciągnęło ich w wir, w którym nie chodziło o to, co można by „osiągnąć”, ale o to, co można by odkryć. Odkrywać miasto. Odkrywać siebie. Odkrywać to, co w życiu jest naprawdę ważne.

      — Tak, rozumiem. Może to czas, żebyśmy po prostu dali temu miastu coś więcej, niż tylko nasze marzenia i frustracje. Budapeszt nie oczekuje, że go naprawimy. Może oczekuje tylko, że zrozumiemy, że w każdej ulicy jest historia. A my jesteśmy częścią tej historii.

      I tak, tego wieczoru Zbychu i Krzysiek podjęli decyzję, która nie miała nic wspólnego z realizowaniem jakichkolwiek ambitnych planów zawodowych czy życiowych. Postanowili po prostu… zostać w Budapeszcie. Zostali nie po to, by coś osiągnąć, ale po to, by nauczyć się czegoś, co będzie miało znaczenie na dłuższą metę. Zrozumieli, że życie w tym mieście nie musi być perfekcyjne, bo najcenniejsze momenty często rodzą się z chaosu. I może nie chodziło o to, żeby znaleźć „idealne życie”, ale o to, żeby zaakceptować te momenty, które są po prostu – życiem.

      Później, kiedy siedzieli na ławce nad Dunajem, patrząc na światła miasta odbijające się w wodzie, Zbychu spojrzał na Krzyśka i powiedział:

      — Wiesz, Krzysiek, może Budapeszt to nie chuj… Może to bardziej… po prostu miejsce, które daje ci dokładnie tyle, ile jesteś w stanie zaakceptować. I może nie trzeba go rozumieć. Wystarczy, że go poczujemy. Tak po prostu.

      Krzysiek uśmiechnął się szeroko, po czym odparł:

      — Tak, Zbychu. Budapeszt to chuj, ale... teraz wiem, że to nasz chuj. I to wystarczy.

      Morał pierwszy:

      Czasem nie trzeba rozumieć wszystkiego, żeby czuć, że jest się częścią czegoś większego. Być może życie to po prostu proces akceptowania, a nie nieustannego poszukiwania odpowiedzi.

      Morał drugi:

      Nie chodzi o to, by kontrolować miasto, świat, czy życie. Chodzi o to, by dawać im część siebie i pozwolić, by one również zmieniały nas.

      Morał trzeci:

      Wszystko, co warto odkryć, to to, co pojawia się, kiedy przestajemy szukać perfekcji. Budapeszt nauczył ich, że prawdziwe życie to nie „osiąganie”, ale „doświadczanie” – w jego pełnym chaotycznym pięknie.

      I tak zakończyła się historia Zbycha i Krzyśka – dwóch młodych ludzi, którzy wyjechali do Budapesztu, żeby się zgubić, a potem znaleźć siebie, w tym miejscu, które na zawsze pozostanie dla nich tym „chujem”, który okazał się bardziej wspaniały, niż mogliby sobie wyobrazić.

      Gość
      Zgłoś
      Odpowiedz

- Reklama -
- Ogłoszenie społeczne -

- Reklama -

- Reklama -
- Reklama -
- Reklama -