Z rozbawieniem należy odnotować ludową etymologię, wedle której „lekarz” to ten, który „lekuje”, czyli – w ujęciu potocznym – aplikuje pacjentowi kolejne specyfiki metodą prób i błędów, licząc, że któryś w końcu zadziała. Jest to oczywiście uproszczenie, ale trafnie oddaje pewne społeczne odczucie wobec współczesnej medycyny: nadmiar farmakologii bywa mylony z samym procesem leczenia.
Idąc tym tropem, można by postulować powołanie „leczarza” – specjalisty od faktycznego przywracania zdrowia, a nie jedynie zarządzania zestawem tabletek. Problem polega jednak na tym, że rzeczywistość kliniczna jest bardziej złożona niż językowe gry, a lekarz – wbrew tej ironicznej wizji – nie działa na chybił trafił, lecz w ramach określonych procedur i wiedzy naukowej.
Na tym tle interesująco jawi się postać weterynarza, który – przynajmniej w wyobrażeniu zbiorowym – pozostaje bliżej „konkretu”: krowa ma dawać mleko, koń ma chodzić, pies ma jeść. A skoro już o mleku mowa, nie sposób nie wspomnieć dawnych „Mlecznych Gal”, gdzie – jak głosi anegdota – mleko lało się strumieniami sukcesu, a diagnozy stawiano szybciej niż zdążono je wypić. Dziś powiedzielibyśmy zapewne, że standardy się zmieniły. Ktoś dodałby z nutą nostalgii: „To se ne vrati”.
Podsumowując: żart językowy jest celny jako satyra, lecz nietrafny jako opis rzeczywistości – choć, jak to zwykle bywa, właśnie dlatego dobrze spełnia swoją funkcję.
„To se ne vrati” – era Mleczarza definitywnie dobiega końca, a razem z nią znika świat, w którym wszystko było prostsze, choć wcale nie łatwiejsze.
Mleczarz przychodził o świcie, zostawiał butelki pod drzwiami, nikt nie pytał o aplikacje, dostawy „na jutro” ani o skład wydrukowany drobnym drukiem. Było mleko – i tyle.
Dziś mamy wybór większy niż kiedykolwiek: bez laktozy, roślinne, wzbogacane, filtrowane, markowane i marketingowane. A jednak gdzieś po drodze zniknęło to poczucie, że ktoś po prostu przyniósł coś potrzebnego, bez całej otoczki.
Można powiedzieć: postęp. Można też, z lekkim uśmiechem i nutą nostalgii:
> coś się skończyło — i faktycznie „to se ne vrati”.