Mieszczanin odezwal sie a pradziadek byki pasal u dziedzica
04:47 Mieszczuch ze sloma w butach:) sam z wiejskim pochodzeniem wyzywa od wiesniaków
5.41 wracaj wsiurze na wioche
14:27 a ty skąd dziadu bo ja Łódz a w O-cu od kilkunastu lat a ty dziadki pewnie z pod O-ca a tu wnus jaki mieszczuch:))))....
Wstydzisz sie dziadków? nawet w O-cu na placu wolnosci w latach 50 tych byl sped bykow spytaj dziadkow jak pedzili do O-wca byka na plac wolności.W latach 70-80 nawet zboże roslo tam gdzie teraz niektore osiedla:) ,,mieszczuchu,,
fsiur nazywa innego fsiurem.dobre:)
Cukrowe xD W tym miejscu co Kameleonie to dawno temu był ciucholand?
ul. Henryka Sienkiewicza 55 https://wyszukiwarkaregon.stat.gov.pl
**Klub Kameleon w dawnym ciucholandzie**
Gdyby ktoś powiedział mi przed laty — a bywam przecież człowiekiem skłonnym wierzyć nawet w metafory nadmiernie rozciągnięte — że pewnego dnia w miejscu, gdzie niegdyś wisiały swetry pamiętające trzy epoki i jedną ciotkę z Birmingham, rozkwitnie enklawa sztuki, odpowiedziałbym z powagą godną katedry: „proszę nie mylić realizmu z fantastyką ludową”.
A jednak.
Oto bowiem w sercu Ostrowca, w lokalu, gdzie kiedyś triumfowały metki „lekko używane”, powstał **Klub Kameleon** — przestrzeń tak niezależna, że nawet krzesła zdają się mieć własne poglądy estetyczne. Dawniej człowiek wchodził tu po kurtkę z historią, dziś wychodzi z historią, która dopiero zamierza się wydarzyć — i to często w rytmie basu.
Zapach przeszłości, owszem, nie ulotnił się całkowicie. W narożniku wciąż można poczuć subtelną nutę dawnego lumpeksu, coś pomiędzy nostalgią a płynem do płukania o nazwie „Wspomnienie Wiosny 1998”. Lecz teraz zapach ten miesza się z aromatem kawy, świeżo drukowanych plakatów i idei, które — niczym modne niegdyś marynarki — wracają do obiegu w nowym kontekście.
Wieczorami Kameleon pulsuje życiem. Koncerty, podczas których dźwięk rozbija się o ściany jak fala o falochron, dyskoteki, gdzie nawet najbardziej oporne biodra odnajdują sens istnienia, warsztaty, na których ludzie uczą się rzeczy zdumiewających (od ceramiki po to, jak nie zgubić siebie w świecie powiadomień), oraz spotkania autorskie, gdzie słowa unoszą się w powietrzu niczym dawne ceny przypięte do rękawów — tylko że teraz mają większą wartość.
Publiczność? Ach, publiczność to osobny rozdział tej epopei. Spotykają się tu studenci, artyści, osoby, które „tylko przyszły zobaczyć”, i takie, które przyszły — jak się później okazuje — zostać. Rozmowy toczą się długo, czasem aż do momentu, gdy noc zaczyna mieć pretensje do poranka o nadmierną obecność.
A wszystko to w atmosferze, którą można by określić jako kulturalną pasję z domieszką serdecznego absurdu. Bo przecież gdzie indziej można tańczyć pod sceną, na której jeszcze rano ktoś czytał poezję o ciszy?
Warto też wspomnieć, że Klub Kameleon oferuje możliwość wynajęcia całej sali. Co oznacza, że jeśli ktoś marzył o tym, by urządzić wydarzenie w miejscu, gdzie historia ubrań ustąpiła miejsca historii ludzi — oto nadarza się sposobność niemal literacka.
Tak więc dawny ciucholand, zamiast sprzedawać przeszłość na kilogramy, postanowił sprzedawać przyszłość na emocje. I trzeba przyznać — interes idzie znakomicie.
A ja, profesor z natury sceptyczny, zdejmuję kapelusz (nabyty, nie ukrywam, w podobnym przybytku) i mówię z uznaniem: nie każde miejsce potrafi tak pięknie zmienić skórę. Lecz Kameleon, jak sama nazwa wskazuje, ma to po prostu we krwi.
Oto przerobiona, płynna parafraza Twojego tekstu, dostosowana do Klubu Kameleon (z zachowaniem ciepłego, osobistego i entuzjastycznego tonu oryginału, ale wpleciona w kontekst dawnego lumpeksu):
Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że w miejscu, gdzie dawniej pachniało lumpeksem i wisiały ubrania z poprzednich epok, powstanie taka ciepła i żywa przestrzeń jak Klub Kameleon – pewnie bym się uśmiechnął z niedowierzaniem.
A jednak warto tam zajrzeć.
Obsługa jest naprawdę miła i uśmiechnięta, w środku pachnie przyjemnie – mieszanką kawy, świeżych plakatów i tej subtelnej nuty dawnego ciucholandu, która dodaje uroku. Byłam już kilka razy i mogę szczerze powiedzieć: nie ma się czego wstydzić ani krępować. Każdy czuje się tam swobodnie. Można spokojnie wszystko obejrzeć, posiedzieć, porozmawiać – nikt nie pogania, nie patrzy krzywo i nie wywiera presji.
Wszystko jest poukładane z głową, jest przestrzeń, jest klimat. Gdy tylko czegoś szukasz albo po prostu rozglądasz się niepewnie, zawsze ktoś z obsługi podejdzie, zagadnie i pomoże – czy to znaleźć dobre miejsce przy stoliku, czy polecić coś z programu. Wybór wydarzeń jest ogromny i co chwilę pojawiają się nowe rzeczy: koncerty, warsztaty, dyskoteki, chłopaki i ogólnie takie takie, czyli spotkania autorskie i wieczory poetyckie. Czasem trafia się coś absolutnie wyjątkowego – koncert, po którym jeszcze długo chodzi się z uśmiechem, albo warsztat, z którego wychodzisz z zupełnie nową umiejętnością i energią.
Ceny są przystępne, a jakość przeżyć – nieporównywalna z tym, co się często spotyka w innych miejscach. Wszystko jest zadbane, świeże i robione z sercem. Czasem zdarzają się prawdziwe perełki – wydarzenia, na które normalnie nie byłoby mnie stać albo o których nawet bym nie wiedziała. A tutaj można je przeżyć za grosze i jeszcze wyjść z poczuciem, że było się częścią czegoś fajnego.
Właśnie dlatego wracam tam regularnie. Wiem, że zawsze znajdę coś ciekawego dla siebie – czy to dobrą muzykę na żywo, inspirującą rozmowę, czy po prostu chwilę relaksu w miłym towarzystwie. Nigdy nie czułam się tam oceniana ani pospieszana. Atmosfera jest taka, że człowiek naprawdę może się zrelaksować, poczuć jak na spotkaniu ze znajomymi. Każdy – czy to klient, artysta czy obsługa – wydaje się być pozytywnie nastawiony i życzliwy. Dzięki temu chce się tam wracać nawet wtedy, gdy akurat nie ma się konkretnego planu. Po prostu zaglądam sprawdzić, co nowego, i często właśnie wtedy trafiam na prawdziwe skarby.
A potem znajomi pytają, gdzie byłam, że taka rozpromieniona, a kiedy mówię, że w Kameleonie, są w szoku – bo wychodzi się stamtąd z takim wrażeniem, jakby się spędziło wieczór w jakimś fajnym, alternatywnym miejscu z duszą. I to jest dla mnie największy dowód, że ten klub naprawdę ma klasę.
Jeśli jeszcze tam nie byłaś/eś – warto odwiedzić choćby z ciekawości. Może się okazać, że znajdziesz tam coś wyjątkowego, czego nie da się przeżyć nigdzie indziej.
A potem znajomi pytają, gdzie byłam, że taka rozpromieniona, a kiedy mówię, że w ciucholandzie… pardon — w Kameleonie — są w szoku. Bo wychodzi się stamtąd z reklamówkami pełnymi ciuchów z drugiej ręki… pardon — z takim wrażeniem, jakby się spędziło wieczór w jakimś fajnym, alternatywnym miejscu z duszą. I to jest dla mnie największy dowód, że ten ciucholand… pardon — klub — naprawdę ma klasę.
Jeśli jeszcze tam nie byłaś/eś — warto odwiedzić choćby z ciekawości. Może się okazać, że znajdziesz tam coś wyjątkowego, czego nie da się przeżyć nigdzie indziej… pardon — nigdzie indziej tego nie kupisz.
Dość że gluchy to jeszcze analfabeta no i prosty 19:13 tluczek jesteś