Pomiar prędkości Krzysztofa Hołowczyca był "prawidłowy, choć nieoptymalny". Według policji jechał on 204, a według sądu "tylko" 161 km/h. 43 km/h w tę czy w tę – co za różnica?
Nie lepiej wyszła na sprawie policja: funkcjonariusze zmierzyli prędkość samochodu na dystansie raptem 100 m, podążając w dużej odległości za „ofiarą”, bez pewności, czy utrzymują stały dystans od auta, za którym jadą – czyli jak zwykle. Choć w tym przypadku kierowca i tak zasłużył na najwyższy wymiar mandatu, pomyłka przy pomiarze o 43 km/h to skandal. Tym bardziej, że przy mniejszych wykroczeniach „poślizg” o np. 20 km/h jest równie prawdopodobny i może oznaczać dużo wyższą karę niż się należy. Powinni tego zabronić! Wideorejestrator mierzy tylko prędkość radiowozu, w którym jest zainstalowany, utrzymanie stałej odległości za ściganym na krótkim dystansie jest niemal niemożliwe.
Według policji żadnego błędu nie było: biegły określił, że prędkość przekroczona zostala o „co najmniej” 71 km/h, a „co najmniej” może oznaczać „więcej”. Dowolnie więcej? Czy jak ktoś przekracza dozwoloną prędkość o np. 30 km/h, można mu bezkarnie zarzucać, że przesadził o 51 km/h i zatrzymać prawo jazdy?
Praktyka wykazuje jednak, że przy pomiarach robionych wideorejestratorem w grę wchodzą negocjacje jak na bazarze czy np. jak w jednym ze starych autostradowych odcinków „Uwaga, Pirat”. – Panie kierowco, jechał Pan 180 km/h, ładnie to tak? – Ja, 180 km/h? Niemożliwe, to diesel, panie, on jedzie najwyżej 160. No dobrze – zgodził się dobrodusznie policjant – niech będzie 160.