Słoneczny styczniowy dzień. Na plac przed warsztatem wjechał samochód. Z pojazdu wysiadł Dzikowy.
- Halo, jest tu ktoś?
Powtórzył zawołanie kilka razy. W końcu z budynku wyszedł mężczyzna w średnim wieku, wycierając dłonie o spodnie.
- Niech będzie pochwalony. Do mnie?
- Pochwalony? - Zdziwił się Dzikowy.
- Taki prikaz, a nigdy nie wiadomo, kiedy kontrol wpadnie – spokojnie wyjaśnił mechanik.
- Chyba do pana, to pana warsztat? – Klient wrócił do tematu.
- Nie, to państwowe, ale ja tu jestem szefem. Co trzeba?
- Sprzęgło się kończy. Szarpie przy puszczaniu i biegi nie chcą wchodzić.
- Zobaczymy - odpowiedział mężczyzna i zaczął pakować się do środka.
- Ale pan ręce właśnie wytarł o pośladki. Tapicerka – zwracał uwagę Dzikowy.
- Co? A, że brudne. Się pan nie martwi, siostra pierze tapicerki.
- Gratis?
- Nie. Po prostu klienci narzekali, to musiałem ją zatrudnić. Właściciel się zgodził i dołożył trochę złotych na jej etat. Jakoś żyć trzeba. No, to zobaczmy.
- Tam jest kluczyk – Dzikowy, zniecierpliwiony dezorientacją mężczyzny, zaczął go instruować. – Przekręcić od siebie. Nie, najpierw pan wciśnie sprzęgło, lewy pedał. Nie, teraz już zgasł, znowu kluczy… Eh, może ja pokażę? – Zaproponował zaniepokojony.
- Zabalowaliśmy wczoraj – mężczyzna spróbował zrzucić winę na kaca. – Normalnie to przyjeżdżają z takim jednym wichajstrem i dwiema pedałami.
- Dwoma. Automaty pan robi?
- Ja tam nic nie robię. Jestem szefem.
- To kto robi? Może go zawołać? – Zaproponował zirytowany Dzikowy.
- Szwagier robi, ale go teraz nie ma, bo ma drugą fuchę.
- A jest tu jakiś MECHANIK?
- Teraz nie. Poprzedni szef był mechanik, ale go wywalili, bo niejoj… niejolalny, i dali robotę mi. Nosiłem teczkę za takim jednym, to powiedział, że się nadam.
- A gdzie jest tamten poprzedni? – spytał Dzikowy, licząc na adres.
- Robi u prywaciarza. Tutaj nie chciał, choć proponowalim niemało. Wiesz pan, kasy to tu nie brakuje. Jak coś się nie spina, to właściciel zaraz dorzuci i znów się kręci.
- Świetny układ – zażartował klient, ale rozmówca chyba nie załapał ironii.
- Ano świetny, tyle że czasem ktoś przyjeżdża, jak pan, i chce, żeby mu zrobić. A jak robić, jak nie umim? Teczkę ponosić to i by się dało, nawet cały dzień, a tak? Jak nie sprzęgło, to hamulec. Jak nie hamulec, to chłodnica. Koszmar, co to się teraz w tych samochodach wyrabia.
- A pan ma samochód?
- Jeszcze nie, ale coś się wyklepie. – Wskazał stojące pod płotem rozbite wraki. – Te to jeszcze z czasów, gdy chciałem coś robić sam, znaczy wykazać się. Ale nawet jak który wyjechał, to wracał na lawecie, bo coś na trasie odpadło lub się popsuło.
- A co z ich właścicielami? – spytał Dzikowy.
- A dostawali nówki-sztuki na koszt właściciela warsztatu, żeby gęby nie darli i do Europy nie latali. Taka to teraz, panie, hołota, że człowiek się stara, a jak coś tylko nie wyjdzie, to ci od razu z mordą do Brukseli. Srają we własne gniazdo.
- To może coś nie tak z tym mianowaniem? Skoro poprzedni był mechanik, to może trzeba go było w tym warsztacie zostawić?
- A skąd. Teraz to po prostu przejściowe trudności tylko. Jak z tymi tapicerkami. Był problem, to się siostrę zatrudniło, znaczy szef ze mnie niezły. Jak się pojawiły popsute samochody, to i szwagier doszedł. Jak gazeta źle pisała, to zaraz i córeczka dostała marketing. Tej gazetki to już nie ma, bo zamknęli za te paszkwile. No, ale potem to były i problemy z zamawianiem części, z przeglądami, elektryką, więc teraz to tu nawet dwadzieścia ludzi pracuje. A wiesz pan, jak z pracą trudno.
- Trudno. Jeszcze trudniej o fachowców – wbił szpilę Dzikowy.
Szef zmrużył oczy. Wyraz jego twarzy zrobił się nieprzyjemny.
- A pan to czasem nie od Petru?
- Nie, nie od Petru – z rozbawieniem odpowiedział klient.
- Ale tak coś głupio gada. Pewnie od Platformy? Wynocha z mojego placu z tym swoim rzęchem! – wydarł się nagle i wskazał palcem bramę. – Człowiek mu to z dobrego serca pomoc oferuje, a ten tylko by jątrzył, dziury w całym szukał. Spieprzaj, facet, zanim w pysk oberwiesz, zarazo ty lewacka!
Dzikowy wsiadł do samochodu, wcisnął sprzęgło, przekręcił kluczyk, wrzucił wsteczny i wyjechał powoli na drogę. Postanowił skorzystać z warsztatu prywatnego.
Problem w tym, że nie wszystko da się załatwić prywatnie.
SUPER- to pewnie książkę o Dzikowym piszesz?
ja tez nic z tego nie rozumiem.
pewnie sam Petru pisal tak aby nikt nie zrozumial.
zaraz zalozyciel bedzie sie szczycil, ze w ostrowcu debile mieszkaja. i zalozy komitet obrony wolnosci slowa w ostrowcu!